niedziela, 18 marca 2018

Powody, dla których warto podróżować.


W nieuniknionym biegu naszego życia, usilnie próbujemy dotrzymać mu tempa. Pędzimy przed siebie, często nie zastanawiając się nad tym, jaki właściwie ma to sens. Zapominamy o ulotności lub po prostu nie mamy czasu aby o niej myśleć-ciągle zbliżamy się tylko do coraz ambitniejszych planów, nierzadko sprzecznych z faktycznymi marzeniami. A gdy coś w nas pęka i niewidzialna lina zaczyna ciągnąć nas w dół-poddajemy się. Czasami spędzamy długie dni nie wychodząc z domu, czasami przez ciągnącą się w nieskończoność chwilę wpatrujemy się w biały sufit i nie myślimy kompletnie o niczym. Zdarza się, że marnujemy wiele czasu, nie robiąc nic produktywnego, że monotonia odsuwa od nas determinację w dążeniu do szczęścia. Determinację, która w każdym człowieku powinna być obecna. Zaczynam w ten sposób, bo myślę że właśnie to jest największą zaletą posiadania pasji; nie ważne przez jaki trud byśmy w życiu przechodzili-ona zawsze jest z nami. Dzisiaj napiszę o tym, dlaczego warto robić w życiu to co się kocha i jakie pozytywy czerpię z moich podróży.

Mój dom jest tam gdzie akurat zapragnę, żeby był. Chyba każdy z nas marzy czasami o tym, by chociaż przez chwilę zamieszkać w innym miejscu; zasmakować zupełnie innego życia, budzić się z widokiem, który zapiera dech w piersiach. Nic prostszego! Wyruszając w podróż, zazwyczaj nie mam jednoznacznie sprecyzowanego planu (czasami nie mam go w ogóle:), idę tam gdzie mnie nogi poniosą, wstaję o tej godzinie, o której mam ochotę wstać, śpię tam, gdzie mi się podoba lub w tym miejscu, w którym akurat robię się śpiąca. Przenośny dom jest jedną z moich ulubionych form niezależności.

To co wydaje się odległe, nagle okazuje się stać na wyciągnięcie ręki. Czasami myślimy, że jakieś miejsce, znajdujące się kilkaset lub kilka tysięcy kilometrów od nas, jest niewyobrażalnie daleko. A potem okazuje się, że jedyne co nam ucieka w drodze do tego miejsca to czas… który i tak by przeminął. Podczas podróży wydaje się, że świat jest mały, że każdy jego skrawek jest możliwy do osiągnięcia.

Unikam strefy komfortu. Niektórzy może zastanawiają się, co w tym takiego fajnego. Czasami jest zimno i śpi się w namiocie z trzema parami skarpet, czasami jest tak gorąco, że nie da się iść, a czasami w środku nocy zaskakuje ulewa lub burza. A ja właśnie wtedy czuję, że żyję. Że robię to, co kocham robić i że żadne rzeczy materialne lub pieniądze nie są w stanie tego zastąpić.

Odkrywam, że ludzie są bardzo pomocni, nawiązuję nowe znajomości. Podczas podróży zdarzają się różne sytuacje. Czasami jest się w tak zwanej dupie i mimo prób, ciężko się z niej wydostać. Zawsze jednak po dłuższym lub krótszym czasie zjawia się ktoś, kto wyciąga pomocną dłoń, zazwyczaj nie oczekując niczego w zamian. To właśnie w czasie podróży poznałam wielu ludzi, którzy bardzo dużo wnieśli do mojego życia, a których nie miałabym prawa poznać, gdybym nie podróżowała.

Poznaję siebie. Oczywiście nie chodzi o to, że nagle, w czasie podróży, odkrywam swój życiowy cel i dowiaduję się kim tak naprawdę jestem! Po prostu często znajdujemy się w sytuacjach, w których reagujemy w sposób zupełnie inny niż byśmy przypuszczali, które pokazują nam, że nie możemy być siebie stuprocentowo pewnym. Wystarczy usunąć strefę komfortu, a okazujemy się być nieco innymi ludźmi. Myślę też, że nie tylko dobrze poznajemy w podróży siebie, ale także swojego kompana.

Przeżywam niezapomniane przygody i zyskuję wiedzę. Stwierdzenie, że podróże kształcą jest jak najbardziej prawdziwe. Nie zyskujemy wiedzy tylko przez suche informacje, ale także przez istotne doświadczenie i własne przeżycia.

Uczę się doceniać. To jest dla mnie chyba najważniejsza wartość, jaką wynoszę z podróży. Czasami jest tak, że bardzo nie chce mi się wracać do codzienności, a czasami za nią tęsknię; doceniam wtedy ten mały pokój, który wynajmuję, uczelnię, do której chodzę kilka razy w tygodniu, weekendowe przyjazdy do rodziców, znajomych, zmęczenie towarzyszące mi przy bieganiu, jazdę konną, wizyty w schronisku dla zwierząt i wszelkie próby rozwijania siebie. Doceniam to, co na co dzień wydaje mi się całkowicie zwyczajne.  

Czuję się wolna. Mimo że wolność już nie jest dla mnie najważniejszą wartością i niektóre rzeczy postrzegam jako dużo ważniejsze, to wciąż lubię przeżywać chwile, w których to właśnie ona mi towarzyszy; szanowana, uwielbiana i tworząca wokół mnie aurę szczęścia.

Wiele jest powodów, dla których kocham to co robię. Odkryłam jednak, że jednoznacznie nie umiałabym odpowiedzieć na pytanie „dlaczego podróżujesz?”. Jest w tym wszystkim coś, co po prostu przyciąga do siebie i niemożliwe jest dokładne przerzucenie tego na słowa. Największy powód jest po prostu nienazwany.


Listopadowy wieczór w Norwegii...



Zima w Pieninach:)

____________________________
„Podróżowanie to nie jest coś, do czego się nadajesz. To coś, co robisz. Jak oddychanie.”

środa, 27 grudnia 2017

Łotwa! Czyli "jak podróżować szczęśliwie"

Chyba każdy z nas marzy niekiedy, by uciec od realności. Tak po prostu. By zapomnieć o tym, co prawdziwe, codzienne, przytłaczające lub po prostu zwyczajne. I o ile długie ucieczki to tylko skutki strachu, tak chwilowe i dające szczęście są niezapomniane i potrzebne.

Są różne rodzaje podróży. Osobiście doświadczyłam wielu z nich; były podróże po to, by przeżyć przygodę, by poznać nowych ludzi, by zapomnieć, by być po prostu wolną, by zobaczyć nowe miejsca, odkryć w sobie nowe cechy, zdobyć doświadczenie; niezbędne w tym, co planuję na przyszłość lub poćwiczyć kondycyjnie w górach. Są też podróże, które pozornie nie mają konkretnego celu a paradoksalnie dają najwięcej. To właśnie jest ten rodzaj podróży, który kocham najbardziej.

Planowaliśmy ten "ostatni wakacyjny wyjazd gdzieś", ale w zasadzie nie wiem, co mnie podkusiło, by faktycznie jechać. Moja podróż na Ukrainę przedłużyła się i zastanawiałam się, czy jednak nie odwołać kolejnego wyjazdu. Czułam jednak niedosyt, więc wróciłam do domu na dwa dni i pojechałam dalej. Spotkaliśmy się dzień przed wyjazdem, nie wiedząc praktycznie gdzie jedziemy i po co jedziemy. No i tak się zaczęła podróż zupełnie inna od wszystkich podróży. Pierwszy też raz poznałam kogoś, kto chciał podróżować w taki sam sposób, jak ja. Bez żadnego kompletnie pośpiechu. W zasadzie nie liczyła się tutaj nawet sama podróż... To nie była chęć poznawania nowych miejsc, a coś w stylu życia w jakimś innym, równoległym świecie, gdzie nie istniało nic, czym można by się przejmować.

Teraz, gdy miałabym opisać tę podróż, to chyba wszystkie emocje, żarty i podekscytowanie zrozumiałyby tylko dwie osoby - te osoby, które w tej podróży uczestniczyły. I chyba na tym to wszystko między innymi powinno polegać-na tym, aby robić coś w ten sposób, by dawać sobie radość. Życie nie powinno być jak rozpędzona lokomotywa-nie powinniśmy wiecznie gnać do przodu, chwytać własne osiągnięcia i gonić "więcej". "Więcej" to ogromne słowo-takie, które wraz z posiadaniem staje się jeszcze ogromniejsze...które błyskawicznie zmienia swój zasięg. Wydaje mi się, że człowiek potrzebuje równowagi, którą czasem trudno jest mu zapewnić. Jeśli będzie wyłącznie głęboko oddychał, napawał się tym, że nic nie posiada i cieszył chwilą obecną - nie dojdzie do celów, które są ważne. Jeśli będzie wyłącznie dążył do celów, pędził do osiągnięć-nie będzie szczęśliwy. Wykończy się. Trudno jest czasem i biec i oddychać...a im szybciej biegniemy, tym bardziej oddech staje się ciężki.

Jeśli miałabym odpowiedzieć komuś na pytanie „jak podróżować, aby być całkowicie szczęśliwym?” odpowiedziałabym, że wszystko zależy od nas. Nie ma żadnych z góry ustalonych norm udanej podróży. Mnie najbardziej urzeka brak pośpiechu. Odkryłam też, że pośpiech niekoniecznie jest uzależniony od czasu. Na wyjazd mieliśmy tylko tydzień, a podróżowaliśmy tak, jakbyśmy mieli tego czasu dużo więcej. Wstawaliśmy wtedy, gdy mieliśmy ochotę – czasami rano, czasami po południu, później składając jeszcze przez godzinę namiot i zachodząc na wylotówkę gdy zaczynało się ściemniać. Ciężko było nam przejechać dziennie więcej niż 50 kilometrów, ale kto by się tym przejmował… Nie zwiedzaliśmy żadnych miast. Spędziliśmy sporo czasu w Parku Narodowym Gauja, siedząc przy ognisku, przy rzece lub w namiocie. Błądziliśmy, zrywaliśmy jabłka z sadu i próbowaliśmy oswoić owce na pastwiskach, a potem potrafiliśmy leżeć przez kilka godzin na trawie i po prostu cieszyć się chwilą. I na pytanie „co zobaczyłaś na tej Łotwie?” odpowiem „w sumie to tylko Gauję, ale i tak była to chyba najlepsza podróż w życiu”.




I chyba pierwszy raz wyniosłam tyle pod względem wewnętrznych aspektów, miałam możliwość odpowiedzenia sobie na pytania, na które przez dłuższy czas unikałam odpowiedzi i przyznać się przed samą sobą do pewnych błędów, które popełniałam. I myślę, że ważny jest w życiu postój i chwile na zebranie myśli. Ostatecznie – podróże zawsze mają swój cel, nie zawsze jednak ustalamy go my.  

sobota, 18 listopada 2017

Ukraina cz. III czyli to co kocham najbardziej-góry!

"Uporczywe są pęta... Przeszkody są wielkie. Łańcuchy, które ograniczają moją wolność... Przywiązałem się do nich zbyt mocno. Nie są już dla mnie łańcuchami, stały się ozdobami. Zrobione są ze złota, są bardzo cenne. Lecz serce mnie boli, bo z jednej strony chcę wolności, a z drugiej nie mogę przerwać łańcuchów, które nie pozwalają mi być wolnym. Te łańcuchy, te przywiązania, te relacje, stały się moim życiem. Nie mogę wyobrazić sobie siebie bez mojej ukochanej, bez moich przyjaciół. Nie mogę wyobrazić sobie siebie samego, w głębokiej ciszy. Moje pieśni też stały się moimi kajdanami, więc serce mnie boli, kiedy próbuję je zerwać. Nie pragnę niczego prócz wolności"/Osho "Wolność"

I tak właśnie zatapiamy się w marzeniach, nie realizując ich, bo za bardzo lubimy marzyć, aby móc je stracić.
______________________________________________
Dojechałam do Tarnopolu w południe, ale już wtedy, nie przejmując się za bardzo noclegiem, poszłam zwiedzać miasto. I niewątpliwie był to mój błąd; z moim zorganizowaniem bywa różnie. Gdy doszłam na tzw. Staw Tarnopolski (jezioro w centrum miasta), spędziłam tam sporo czasu, napawając się cudowną samotnością i pięknym widokiem. Zatopiłam się w marzeniach i planach na najbliższy czas.

"Staw Tarnopolski"

I tak nastał wieczór, a ja zostałam bez noclegu. Zaczęłam więc krążyć nieco bezcelowo po mieście, aż trafiłam na dworzec autobusowy, gdzie usiadłam trochę zrezygnowana i, jako że przeszłam już bardzo dużo kilometrów, postanowiłam że zostanę tam do rana. I tak oto poznałam Ivana! Ivan jest Ukraińcem, który dużo czasu spędził w Polsce, pracując przy zbiorach owoców. Miał wielogodzinny postój w Tarnopolu, więc stwierdził, że się mną zaopiekuje! I rzeczywiście się opiekował (przechodząc przez ulicę, po kilka razy powtarzał mi, że mam uważać i się go trzymać!). Przegadaliśmy w zasadzie całą noc, zmrużyłam oko na niecałą godzinę, ale nie czułam jakoś szczególnie mojego zmęczenia. Gdy Ivan pojechał, udałam się na poszukiwania wi-fi i znalazłam nocleg. Jedynym problemem było to, że hostel znajdował się na obrzeżach i miałam do niego około 10 kilometrów. "No cóż-idziemy! Po nieprzespanej nocy, wielokilometrowy marsz jest tym, czego potrzebuję!". A gdy doszłam-padłam. Dosłownie, padłam na łóżko i przespałam kilka godzin, a potem stwierdziłam, że warto zrobić pranie, mimo że do następnego dnia i tak nie wyschnie. A po praniu...znowu poszłam spać! Nie czułam jednak, że zmarnowałam ten dzień. Dobrze było odpocząć. 

Droga do hostelu

"Zrozumieć Ukrainę"... Ten akurat psiak został przy mnie wyrzucony z samochodu. Podszedł, przytulił się i poszedł dalej. I nie było to raczej niczym nadzwyczajnym. Problem bezdomności na Ukrainie istnieje na ogromną skalę, psy trzymają się w małych stadach i Ukraińcy niestety zazwyczaj nie są pozytywnie do nich nastawieni, bo te nierzadko atakują. 

Ukraińskie "targi uliczne", gdzie sprzedawane są produkty z własnych, przydomowych gospodarstw, polecam coś kupić;) 

Na drugi dzień umówiona byłam z Łukaszem, z którym pojechać miałam do Truskawca, a następnie udać się w góry. Gdzieś tam wewnątrz mnie tkwił drobny niepokój, jako że ostatnia osoba, którą poznałam na grupie autostopowiczów, nie okazała się zbyt słowna, uczciwa i "w porządku". Jednak już po kilku chwilach okazało się, że z Łukaszem jest inaczej. Jako że na miejsce zajechaliśmy późno, pierwszy wieczór spędziliśmy oglądając film, a na drugi poszliśmy zwiedzać Truskawiec, zahaczając także o pobliski Drohobycz-miasto urodzenia Bruno Schulza (jak się okazało-krążyli tam ludzie, które przyjechali tam właśnie w celu "szukania śladów autora"). Jako że Łukasz spędził na Ukrainie już sporo czasu, zebrałam od niego kilka ciekawych informacji i udało mi się bliżej poznać kraj, a wiedzę miał niemałą.

Ukraina jest krajem pomników, w większości bardzo zadbanych i okazałych. Na zdjęciu pomnik Stepana Bandery w Truskawcu

Wnętrze cerkwi św. Jura w Drohobyczu (pochodzącej z przełomu XV i XVI wieku) - jednej z cenniejszych zabytków sakralnej architektury drewnianej ziemi lwowskiej

Jednak dopiero na następny dzień spełnić się miały moje pragnienia i w końcu miałam napawać się pięknem przyrody i górami! A tego właśnie potrzebowałam po ostatnim tygodniu spędzonym w miastach Ukrainy. Łukasz zaplanował, że wejdziemy na jeden ze szczytów - Lopate. Spieszyliśmy się trochę, bo niebo się ściemniało i istniała prawie stuprocentowa pewność, że będzie padało.
I tak powoli moja podróż dobiegała końca. Ostatnią noc na Ukrainie spędziłam we Lwowie -na dworcu, słuchając głosów burzy i zapierdzielających kropel deszczu. Do domu miałam wrócić jednak tylko na dwa dni, bo w planach była kolejna podróż; i ostatnie chwile przed studiami, które trzeba było jak najlepiej wykorzystać.

Szczyt

"Góry upajają. Człowiek uzależniony od nich jest nie do wyleczenia. Można pokonać alkoholizm, narkomanię, słabość do leków. Fascynacji górami nie można"


Czego się nauczyłam, jakie wnioski wyciągnęłam? Te pytania zadaję sobie w zasadzie po każdej podróży. Czy lepiej poznałam siebie? Raczej nie. Ale na pewno przemyślałam pewne sprawy i spojrzałam na życie z innej perspektywy. Czas na przemyślenia pozwolił mi także zebrać moje rozsypane skrawki zawziętości i determinacji i stawić czoła wszystkiemu, co planuję w przyszłości a także zrozumieć, że nie wszystko w życiu przychodzi na skinienie palcem. Będąc sama, odkryłam też, że brakuje mi nieco zwykłej codzienności, a rzadko tego doświadczałam w podróży. Do domu wracałam z uśmiechem, przygotowana na spacer z moim psem, spędzenie czasu z rodziną i w stajni; przy ukochanych zwierzętach. Jak już wspomniałam-miały być to jednak tylko dwa dni. Po prawie trzech tygodniach w podróży, już przygotowywałam się na kolejnego, krótszego tym razem tripa...:)

poniedziałek, 13 listopada 2017

Próba zrozumienia Ukrainy! Lwów i wjazd do Tarnopolu.

...i wiem, że ogranicza nas tylko jedno. Ograniczają nas normy; ogólnoprzyjęte ustalenia, które nie są jednoznaczne. Jeśli usłyszymy, że coś jest niemożliwe, wierzymy w to, bo nie czujemy się na tyle pewnie, byśmy mogli to podważyć. Zapominamy o tym, że "niemożliwe" posiada kilka granic i każda z nich znajduje się w zupełnie innej odległości. A każdy z nas...patrzy inaczej.

"...Wyobraźcie sobie, że naukowcy wzięli tego owada pod lupę, zmierzyli, zważyli i wyszło, że powierzchnia nośna skrzydeł trzmiela jest za mała w stosunku do jego masy ciała. W związku z tym trzmiel nie może latać, tylko że...nikt mu o tym nie powiedział! Więc on lata." /Martyna Wojciechowska 
_______________________________________
Całkiem wcześnie stanęłam na wylotówce z Jabłonek w stronę Przemyśla. Trafiłam na jednego z tych kierowców, których zapamiętuje się na długo i z którym łapie się super kontakt. Przemek nie jechał do samego Przemyśla, ale pomógł mi, wioząc w dużo lepsze miejsce i uprzyjemniając mi czas rozmową po dwóch dniach komunikowania się w zasadzie tylko z naturą. Szybko złapałam kolejnych kierowców, którzy zawieźli mnie do celu. W zasadzie miałam przejechać granicę autostopem, ale będąc sama, czasami wybieram inne środki komunikacji. Znalazłam się więc w pociągu, który był tani i na którego nie musiałam długo czekać. Była to moja druga samotna podróż i czułam odrobinę niepokoju, który naprawdę uwielbiam! "Jadę do innego kraju, nie wiem jeszcze gdzie będę spała i kogo tam poznam, nie wiem co przyniesie jutro i jaką opinię o Ukrainie sobie wyrobię i wszystko to jest niesamowicie ekscytujące!".

Wysiadłam. Było już późno i zaczynało się ściemniać, a ja stałam właśnie we Lwowie i próbowałam przeczytać jakikolwiek napis po ukraińsku, niestety byłam bezradna i nie miałam pojęcia, gdzie się udać aby znaleźć jakikolwiek nocleg. Nie miałam też internetu ani map i w sumie pomyślałam sobie, że mogłabym przespać się na dworcu i jutro na spokojnie wszystko ogarnąć, ale ostatecznie stwierdziłam, że lepiej będzie się ruszyć i zrobić to teraz. Szłam więc przed siebie i po jakimś czasie natrafiłam na hostel z pokojem wieloosobowym. Nie zastanawiałam się nad nim długo, mimo że chyba trochę przepłaciłam,dając równowartość prawie 20 złotych za łóżko. Porozmawiałam z ludźmi, z którymi miałam spędzić dwie noce, nauczyłam się od nich kilku słów po ukraińsku a następnego dnia rano poszłam zwiedzać Lwów. Miasto niewątpliwie ciekawe, ładne, związane z Polską...ale co zrobić, jeśli i tak cały czas masz w głowie góry, z których dopiero co wyjechałaś i wyobrażenia otaczającej natury, a miasto trochę cię tłamsi.






Wtedy też poznałam Łukasza, który mieszkał w Tarnopolu i planuje wyjazd w ukraińskie góry. I tak też znalazłam się właśnie tam, bo...dlaczego nie? Z Lwowa do Tarnopolu przejechałam pociągiem, poznając nieco Ukraińców (a nawet trochę bardziej niż nieco, bo już po kilku przejechanych kilometrach proponowali mi wódkę, a ich nawiązywanie kontaktów ze mną było bardzo przyspieszone). Jednocześnie jednak, gdy myśleli, że czegoś nie rozumiem, to zwyczajnie mnie obrażali, ale...przymykałam na to oko.

Do tej pory byłam jeszcze bardzo słabo rozgarnięta i mogę śmiało powiedzieć, że "nie rozumiałam Ukrainy", jakkolwiek można to zinterpretować. Miałam duży problem ze zrozumieniem rozkładu pociągów, z rozszyfrowywaniem napisów i ogarnięciem, dlaczego jakieś cztery razy przyczepili się do mnie i zadawali pytania, brzmiące mniej więcej : "co ty tu robisz sama?" (w końcu zaczęłam odpowiadać, że czekam na znajomych - działa najefektywniej).

I tak z dnia na dzień widziałam coraz więcej plusów podróżowania samej jak i minusów. Ceniłam niezależność, lecz jednocześnie brakowało kogoś z kim mogę podzielić się opiniami (bardzo trzeba uważać na wymienianie się takimi opiniami na temat Ukrainy z Ukraińcami, bo nawet jeśli zapytają "jak ci się podoba Ukraina? Mów szczerze!", to i tak oczekują tylko tego, że będzie się ją wychwalać; "Ukraina jest jak matka!")
CDN.

niedziela, 29 października 2017

Droga na Ukrainę...

"Człowiekowi jest dana władza tylko nad samym sobą"
___________________________
Pierwszy raz piszę, całkowicie nie wiedząc od czego zacząć. Wiele spraw wygląda zupełnie inaczej, niż jakiś czas temu, a moje podróże mają inne kolory i znaczenie. Wiem już, że nie wszystko w życiu musi sprawiać przyjemność, aby dawać satysfakcję. Nigdy wcześniej nie stawiałam celów ponad wolność, teraz jest nieco inaczej i mimo że zawziętość zabiera mi czas, to nie jest to bezużyteczne pozbycie się go. Pracy mam dużo, bo nadrobić muszę to, co porzuciłam kiedyś; rozwijanie talentu, nadrobienie wszelkich zaległości... Dodatkowo dbam, aby tylko dążyć...nie gonić. 

Był początek września, gdy postawiłam pierwszy krok i stanęłam razem z moim towarzyszem na wylotówce. Czułam to, co towarzyszy mi zawsze - miły dreszczyk i nawoływanie do przygody. Nie wiedziałam jeszcze, że podróż ta będzie zupełnie inna, niż zapowiadała się na początku. Naszym celem na pierwszy dzień był Poznań. Nie spieszyliśmy się, zaczęliśmy łapać dopiero przed 16. Trafiając na parę ludzi wracających z wakacji dojechaliśmy do Poznania, gdzie na obrzeżach rozbiliśmy namiot. Od tego się właśnie zaczęło a kilka kolejnych dni najchętniej bym pominęła, bo nie wnoszą tego, co powinny. Miałam dziwne rozchwianie emocjonalne, mimo że nie było tego po mnie widać. To był jeszcze ten okres, gdy źle interpretowałam moje "poczucie wolności", po części udając kogoś, kim wcale się nie czułam. Mimo że mojego towarzysza poznałam już jakiś czas przed podróżą, okazało się, że oczekujemy czegoś nieco innego. 

Trzecią i czwartą noc spędziliśmy w polskich Bieszczadach, które odwiedziłam pierwszy raz w życiu, więc chodzenie po górach samo w sobie było dla mnie ekscytujące. I w tą czwartą właśnie noc spędzoną razem w namiocie odkryłam, że za chwilę coś się zmieni. Wstałam wtedy o piątej i korzystałam przez kilka godzin z chwil spędzonych sam na sam z naturą; z chwil, które najbardziej uwielbiam. Nie odzywaliśmy się do siebie już w ogóle i atmosfera była na tyle dziwna, że w końcu, przerywając ciszę, mój towarzysz rzekł do mnie "ja wracam, ale...ty wracasz ze mną!". I tu nastał moment, w którym najchętniej wybuchnęłabym śmiechem, ale poinformowałam tylko, że jadę dalej sama. W podróży poznajemy drugiego człowieka chyba najlepiej, bo oprócz stron, które on chce ujawnić, pojawiają się też takie, które usilnie chce ukryć, ale chcąc nie chcąc, w podróży dają o sobie znak. 

Droga na szczyt z Cisnej

Tak więc zostałam sama. Bez namiotu, mapy, z letnim śpiworem i resztką pieniędzy. Mimo to nigdy chyba w życiu nie czułam tak wielkiej ulgi, jaką czułam wtedy. I dopiero teraz wykrzyczeć mogłam sama do siebie "łuhu, jedziesz na Ukrainę i w końcu jest tak, jak być powinno!". 

Cel pierwszy : "ogarnięcie noclegu". 

Była godzina prawie 16 więc jedynym logicznym wyjściem było znalezienie schroniska na noc. Znalazłam internet w bibliotece i korzystając z niego, rozpoczęłam drogę do najtańszego schroniska w okolicy. Do przejścia miałam 10 kilometrów i mimo że mogłabym śmiało pojechać tam autostopem, wybrałam drogę pieszo. Chłonęłam widoki gór i napawałam się własnym zmęczeniem, które tak bardzo uwielbiam. Nogi mnie niosły, dosłownie. Spadł ze mnie ogromny ciężar i w tym momencie, jedyne czego pragnęłam to ta właśnie samotność, w której tak naprawdę nie byłam sama. Po taniości dostałam duży pokój, który zarezerwowałam na dwie noce, aby zdążyć nacieszyć się górami. 

10 kilometrów do schroniska...

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Napisałam kilka wierszy, przemyślałam wiele spraw, spojrzałam z różnych perspektyw na świat. I była to ta chwila, w której miałam uczucie, że moje życie nie jest do końca prawdziwe, realne...towarzyszyło mi wrażenie że jestem ja i jest ktoś obok mnie. I odkryłam, jak bardzo uciekamy od czegoś. My - jako ludzie. Omijamy to, co wydaje nam się trudne i idziemy na łatwiznę, bo zwyczajnie się boimy. I o ile czasami ucieczka jest nam potrzebna, tak w wielu przypadkach jest tylko niepokonywaniem barier, strachem. Wiedziałam też, jak ogromną przyjemność sprawia mi moja niezależność i jak męczę się, będąc przy kimś, przy kim moja niezależność nie ma racji bytu. A co najważniejsze - cieszyłam się jak dziecko. Cieszyłam się, mimo że nostalgiczny nastrój towarzyszył mi całą noc. 

Przyroda w drodze na "Durną"



Brudne buty mają najlepsze historie 

CDN

wtorek, 19 września 2017

...w świecie, gdzie każdy jest kimś...

...I niemalże niewykonalne jest bycie wolnym. Wolność bywa złudzeniem, które nas motywuje. Jako dzieci jesteśmy zbyt słabi, by się przeciwstawić. Dlatego nic nie zostaje urywane. Jeśli rodzisz się w rodzinie islamistów, prawdopodobnie zostaniesz islamistą. Jeśli Twoi rodzice są realistami, którzy boją się marzeń, istnieje prawdopodobieństwo, że Ty również będziesz się ich obawiał. Jeśli obracasz się w towarzystwie ludzi, którzy palą, wzrasta ryzyko, że i Ty zostaniesz palaczem. Coraz mniej w nas zawziętości i determinacji. Bo tworzy nas społeczeństwo. Coraz mniej bycia jednostką, a więcej bycia ogółem. I choć czasy się zmieniają, a możliwości jest więcej, wciąż boimy się powiedzieć "jestem tym, kim jestem, a nie tym, kogo stworzyliście". 
___________________________________________________
Moja kartka też była do pewnego momentu zapisywana przez kogoś, i choć już coraz rzadziej - wciąż czasem przerasta mnie wyrywanie jej z ich rąk. Pewnego dnia uświadomiłam sobie, jak wiele spraw w naszym życiu to tylko decyzje otoczenia, wpływy znajomych lub jakieś niezrozumiałe złudzenia. Przez długi czas byłam słabą osobą, która przy najmniejszych niepowodzeniach wpadała w szał, płacz lub po prostu zamykała się w sobie. I chcąc nie chcąc, muszę przyznać się do jednego - nie chciałam tego zmienić. Uważałam, że taka już jestem. A to tylko tkwiący we mnie głos podpowiadał mi, że takie reakcje na niepowodzenia są w pełni uzasadnione. Nie były. Raz jeden postanowiłam spojrzeć na z pozoru przykrą sprawę w zupełnie innym wymiarze. I tak właśnie nauczyłam się kontrolować swoje nastroje i decydować sama za siebie - bez ingerencji osób trzecich. Od kilku miesięcy nie przeżyłam ani jednego załamania. To sukces - nie zamykam się w sobie, nie wpadam w stany agresywne lub depresyjne. Chodzę jak nakręcona; chętna do działania i realizacji. W końcu wzięłam życie w swoje ręce, podjęłam wiele decyzji, które coś zmienią i jestem zwyczajnie dumna.

Odkryłam, że każdy człowiek posiada zdolność kreowania siebie. Zdolność patrzenia z różnych perspektyw. Do niedawna każda porażka mnie przygniatała, sprawiała że kończyłam dążenie do celu, bo po co... Teraz widzę takie sprawy zupełnie inaczej. "Nie udało się w ten sposób, zrobię to inaczej", "uważasz że to mi się nie uda? Udowodnię, że się mylisz!", każde niemożliwe pcha mnie do działania. Każda porażka sprawia, że mam jeszcze większą ochotę ponowić próbę. I każda ponowiona próba sprawia mi jeszcze więcej przyjemności. A każde dojście do celu po wielu porażkach, jest bardziej satysfakcjonujące.

Pierwszy też raz postawiłam sobie CEL w swoich podróżach, w swoim życiu... Od dawna wszystko robiłam tylko dlatego, że lubię. I wciąż tak jest, czegoś jednak zaczęło mi brakować. Czegoś tylko mojego, co mogę w życiu robić i co będzie dla mnie zadowalające. Głupio się przyznać, ale...zaczęło mi brakować czegoś poza wolnością! I nawet trochę zaczęły mnie wkurzać wieczne marzenia o bezcelowym włóczeniu się po świecie. I choć bardzo długo myślałam, że właśnie to da mi szczęście; że chcę tylko nie posiadać (bo materialność  nas niszczy), że chcę mieć dom tam, gdzie akurat przebywam i cieszyć się tym że po prostu jestem to coś do tych marzeń dodałam i dopiero teraz czuję, że podróże są naprawdę tym, co będę robiła całe życie! Zawsze byłam za słaba, żeby pogodzić się ze światem. Teraz idzie mi całkiem nieźle i choć wiele rzeczy irytuje, to czuję że stawię temu czoła... Bo mam cel i marzenie do realizacji na najbliższe kilka lat... I choć wiem, że będzie mi ciężko, bo już za dwa tygodnie będę musiała pogodzić studia dzienne, kilkugodzinne treningi, podróże kiedy tylko się da i kilka innych spraw, to jakoś wewnętrznie czuję, że w końcu ruszyłam się z miejsca. I w końcu zaczęłam podróżować na większą skalę...


______________________________________________________
Latam,
bez skrzydeł przemierzam przestrzenie nad światem,
Tańczę,
z obłokami unoszę się w rytm piękna,
Widzę,
to czego nie widać z poziomu ziemi,
Zaprzyjaźniam się;
zawieram relacje z kluczem czarnych ptaków...
I łykam wolność,
smakuję jej aksamitność i szczerość
I jestem kimś;
w świecie, gdzie każdy jest kimś
I nie mam skrzydeł,
w świecie, gdzie nikt z ludzi ich nie ma
I latam nad nim,
nad światem, nad którym nie każdy lata...
I krzyczę do Was,
Przekrzyczeć chcę wiatr i rozbudzić słuch
I echo podąża w ślad za mną 
i szepcze.......
że też nie ma skrzydeł........
a lata......

poniedziałek, 31 lipca 2017

Włochy... Pierwsza samotna podróż.

"Żadna inna rzecz nie da ci tyle wolności co pasja. Szczęście, które dostajesz zupełnie za darmo"...
_____________________________________
W ostatnim roku przeżyłam okres, w którym porzuciłam wszelakie marzenia, plany, ambicje, zatrzymałam się na pewnym etapie życia i, nie zdając sobie z tego sprawy - uzależniłam się od kogoś. Uświadamiałam wszystkich, jak ważna jest wolność, a sama wolna nie byłam. Pękło coś we mnie dopiero w chwili, gdy zakończyłam jedną z relacji, która napełniała mnie toksynami. Dawno, baaardzo dawno nie czułam się tak wolna i szczęśliwa, jak teraz - gdy samodzielnie mogę podejmować każdą decyzję. A co najważniejsze - dopiero w tym momencie zyskałam tak ogromną pewność siebie, której nie miałam nigdy wcześniej. Dopiero teraz odkryłam kim jestem, poznałam dużo nowych ludzi i otworzyłam się na...życie. Nie będę rozpisywać się na temat banałów, szczegółów ani innych tego typu spraw. Pewnego poranka po prostu wstałam, spakowałam się i wyszłam z domu. I takiej odwagi, siły i poczucia wolności nie czułam chyba nigdy. 

Tego wieczoru siedziałam i myślałam nad różnymi sprawami i doszłam do wniosku, że to idealna pora, aby gdzieś wyruszyć. Idealna pora, aby pierwszy raz zrobić to bez nikogo przy boku. No i nie do końca tak było... Mimo że z domu wyszłam sama, w podróży nie byłam praktycznie ani przez chwilę samotna. Już od pierwszej chwili zauważyłam najbardziej widoczne różnice między podróżowaniem samemu, a podróżowaniem z kimś. Gdy pytałam ludzi o drogę, nie odpowiadali mi tylko "idź prosto, a potem w prawo", udostępniali mi internet, żebym miała dojście do map, dzwonili do znajomych, odprowadzali mnie...słyszałam wiele razy, jak bardzo odważna jestem i jak bardzo się dziwią. Poza plusami były minusy - oczywiście takie, że nigdy nie wiesz do końca jakie są zamiary...czy chcą ci pomóc, bo odczuwają taką potrzebę i chcą tylko porozmawiać, czy biorą cię, bo jesteś dziewczyną i masz cycki... 

Stojąc pierwszy raz na drodze w Obornikach i łapiąc stopa, czułam się trochę dziwnie. Zawsze miałam to do siebie, że podróżując z kimś, zdawałam się trochę na tą drugą osobę; to ona myślała, w którą stronę iść i gdzie łapać:) Obawiałam się, że sama będę nieco zakręcona i jak to przystało na kobietę - pomylę kierunki. Wcale jednak nie byłam tak zamotana, jak przypuszczałam. Dwoma stopami pojechałam do Kiszkowa, skąd zabrał mnie kierowca jadący tirem na Włochy. Pierwszego dnia jechaliśmy niedługo - kończył się limit jazdy, nie wyjechaliśmy jeszcze z Polski, na drugi dzień miał być załadunek. I tak właśnie spędziłam pierwszą w życiu noc śpiąc w ciężarówce, zasnęłam momentalnie, zniknęły już wszelkie niepokoje i powtarzałam sobie w myślach tylko jedno : "jesteś zajebiście silna i odważna, dlaczego do tej pory tego nie dostrzegłaś?". 


Wieczory w tirze ;p 

Drugiego dnia zaraz po załadunku ruszyliśmy dalej, dojeżdżając do Austrii, później już tylko bliżej Włoch. Siedziałam, podziwiałam widoki wysokich gór i napawałam się pewnego rodzaju spokojem. Teraz dopiero byłam prawdziwie wolna, przyszło mi na myśl : "nadrabiam wszystko, czego nie zrobiłam wcześniej, a powinnam". Wyjazd był tylko początkiem, małą cegiełką do tego, aby spędzić moje życie w 100% tak jak chcę. Teraz wiem, że my - ludzie, tak naprawdę powinniśmy słuchać siebie, bo tylko my sami wiemy co jest dla nas najlepsze, tylko my sami wiemy, co może nam dać spełnienie i szczęście. 


Przystanek w Austrii 

Alpy...

Na miejscu wzięłam rower, pożyczony przez kierowcę i udałam się na zwiedzanie. Uciekłam na chwilę od polskiej pogody i smażyłam się w prawie czterdziestostopniowym upale, przejeżdżając przez rozległe pola, na których rosły różnorodne owoce. Po drodze zagadywali do mnie Włosi, machali mi z samochodów i uśmiechali się do mnie, a po 18 zapełniane były każde bary w okolicy i zaczynał się "miły gwar", gdy połowa miasteczka spotykała się na winie. Czas płynął jakoś wolno... 








Droga powrotna minęła równie szybko i bezproblemowo. Ze Staszkiem wróciłam do Austrii, skąd złapałam kierowcę jadącego do Polski. Bartek stwierdził, że na ogół nie zabiera nikogo na stopa, ale wzbudziłam jego zaufanie, miło nam się rozmawiało, okazało się, że mamy bardzo podobne poglądy i postrzeganie świata. Wymieniliśmy się numerami i wciąż mamy ze sobą kontakt. Powiedział, że nie ma szans, aby zostawił mnie w środku nocy gdzieś w Polsce, dlatego zaprosił mnie do siebie, a rano odwiózł na dworzec, skąd już pociągiem dotarłam do domu. 

Co czuję? Że rozpoczęłam coś zupełnie nowego w swoim życiu. Że zaczęłam widzieć siebie w zupełnie innym świetle i że do tej pory nie byłam gotowa na angażowanie się w cokolwiek, że kocham moją niezależność i jak najdłużej chcę być i trwać w tym co jest teraz. Korzystam z dni...i w każdym z osobna widzę wiele pozytywów, których wcześniej nie dostrzegałam, bo założyłam na oczy klapki ograniczające pole widzenia. Życie jest piękne i tego się dzisiaj trzymam.