wtorek, 26 lipca 2016

Bułgaria

"Jeśli chcesz podróżować daleko - podróżuj lekko. Zdejmij całą zawiść, zazdrość, brak przebaczenia, egoizm i strach"...
___________________________________________

   Doczekaliśmy się piątego dnia podróży, w którym opuszczać mieliśmy naszą ukochaną Rumunię i ruszać dalej. Ilie poświęcił swój czas, żeby zaprowadzić nas na samą wylotówkę w stronę Sofii, gdzie dojechaliśmy w połowie metrem, kawałek tramwajem i sporo drogi przeszliśmy pieszo. Upewnił się jeszcze, czy jest to dobra droga, czy możemy w tym miejscu łapać i pożegnał się z nami.

   Pogoda była okropna - właśnie taka, jakiej najbardziej nie lubię. Słońce sprawiało, że jedyne na co miałam ochotę, to znalezienie się w jakimkolwiek cieniu i możliwość pójścia spać, albo zatrzymanie kierowcy w samochodzie z klimą, najlepiej jadącego prosto do Sofii (dobra, wystarczyłby mi samochód bez klimy, z otwartym oknem i jadący chociaż kawałek; na miejsce z odrobiną cienia). Tak sobie staliśmy i umieraliśmy z gorąca w zasadzie niedługo...zatrzymał się bowiem kierowca w moim wymarzonym samochodzie...miał klimę i jechał do Sofii. Ilość szczęścia, spotykana przez nas podczas tej podróży była chyba niezliczona... W drodze doszliśmy do wniosku, że coś sobie wynajmiemy, żeby wyprać rzeczy i nie szukać nocą miejsca na namiot. Mieliśmy w planach przejechać Bułgarię dosyć szybko i zatrzymać się na trochę dłużej w Macedonii. Nasz kierowca użyczył nam laptopa, abyśmy mogli coś wybrać. Oczywiście zarezerwowaliśmy najtańszy pokój i jechaliśmy dalej, mając nadzieję, że nie będziemy się musieli dnia dzisiejszego już niczym martwić. Jednak po zajechaniu na miejsce właścicielka hostelu stwierdziła, że żadnej rezerwacji nie ma. Tak więc pierwsza myśl, jaka wpadła mi do głowy - "trudno, namiot też jest spoko, do tego trochę zaoszczędzimy". Jednak innego zdania był nasz kierowca : "wsiadać, jedziemy". Tak oto znaleźliśmy się w 4-gwiazdkowym hotelu w centrum Sofii...całkowicie za darmo..."nie martwcie się pieniędzmi, ja mam dużo" - stwierdził i mimo naszej odmowy, po prostu dał nam klucz do pokoju. Trochę nie wierzyłam...zaznawałam chyba zbyt dużo dobroci ludzkiej.

Filmik z drogi do Sofii

  Najtrudniejsze w moich podróżach jest to, że czasami po prostu nie wiem, jak mam dziękować. Ludzie poświęcają naprawdę wiele, żeby nam pomóc. Każdemu z osobna jestem ogromnie wdzięczna i zawsze staram się robić coś w zamian dla świata...bo skoro świat mnie gości, daje mi tyle możliwości - to cicho liczy na coś w zamian. Świat, zwierzęta, ludzie...zawsze się odwdzięczają...choć nie zawsze dosłownie i nie zawsze zauważalnie. Czasami trzeba spojrzeć nieco inaczej. Jeśli miałabym zrobić listę rzeczy, cech charakteru, sposobów postrzegania życia i świata, które zmieniły się we mnie przez podróże - na pierwszym miejscu postawiłabym spostrzeżenia na temat tej istoty, która jest na górze i która ukazuje się nam pod postacią ludzi, zwierząt, roślin... Przed podróżami skupiałam się tylko na tej pesymistycznej stronie świata - widziałam zło, bo wciąż pomagałam...widziałam okrucieństwo, które sprawiało, że muszę pomagać... Całe swoje życie spędziłam ze zwierzętami, które cierpiały przez nas - ludzi i którym inna grupa ludzi musiała pomagać. Jestem z siebie dumna, bo dałam drugą szansę niejednemu stworzeniu, ale jednocześnie zachorowała moja dusza...widziałam zło dosłownie wszędzie, człowiek był dla mnie najpodlejszą istotą i przestałam już odróżniać tych dobrych od złych - byli idiotami i tyle. A Boga nie było, bo jakby był, to przecież by coś zrobił... Teraz widzę to nieco inaczej. Czuję, że ktoś przy mnie jest i zawsze był - ktoś, kto daje mi siłę. Podróże zajęły się moją chorą duszą i pokazały mi świat z tej innej perspektywy, której wcześniej nie dostrzegałam. Bóg ujawnia się nam co chwilę, pod różną postacią. Czasem pomaga, a czasem oczekuje tej pomocy od nas. Bo tak naprawdę wcale nie jest wszechmogący...


   Wieczór spędziliśmy na zwiedzaniu Sofii. Stolica Bułgarii jest dosyć spokojna i cicha, nie każdemu przypadnie do gustu, ale mi się podobała dużo bardziej od wielu zatłoczonych i obleganych przez turystów dużych miast. Sofia jest także ciekawie położona - u stóp masywu Witosza, więc góry miały okazję korcić mnie wyjątkowo mocno, jednak przez doświadczenia stwierdziłam, że lepiej wrócić do nich w podróży, która jest nieco lepiej i dokładniej zaplanowana. 



    Dzień zleciał nam szybko i niepostrzeżenie. Nie mieliśmy okazji poznać Bułgarii, poczułam że tylko weszliśmy na jej obszar jedną nogą - być może kiedyś wrócimy i zagłębimy się w nią bardziej. Wspomnienia z niej, mimo że nie było ich wiele - na pewno będą dla mnie pozytywnymi wspomnieniami...

Bułgarskie krajobrazy 

CDN:)

czwartek, 21 lipca 2016

Rumunia - o pięknie, gościnności i niepowtarzalnym klimacie kraju

"Nie podążaj tam, gdzie wiedzie ścieżka... Zamiast tego pójdź tam, gdzie jej nie ma i wytycz szlak"...
_________________________________________
   Podróż po Bałkanach była pełna pięknych momentów, wyjątkowych ludzi, cudownych krajobrazów i wielu, niemałych rozczarowań. Zmieniły się moje pojęcia o niektórych krajach – a właściwie dopiero się one wyszlifowały. Odkryłam siebie. Miałam do tego sporo czasu spędzonego w strasznym upale i zmęczeniu. Nie żałuję niczego, ale wiem, że moje miejsce jest zupełnie gdzie indziej…moje miejsce jest z dala od turystów, z dala od obleganych kierunków. Mimo bardzo gościnnych ludzi, którym za wszystko dziękuję, mimo pięknych widoków i wspaniałych przygód – nie było najważniejszego. Nie było tego, czego oczekuję od podróży… Wszystko to znalazłam jednak w Rumuni – w miejscu, do którego pragnęłam wrócić już chwilę po wyjechaniu z niego…

   Wystartowaliśmy z Krakowa, pewnego wtorkowego poranka. Staliśmy na wylotówce na Zakopane wyjątkowo wcześnie. Szybko też udało nam się złapać okazję. Kierowca zawiózł nas do centrum, skąd autobusem (złapanym na stopa) dojechaliśmy na Łysą Polanę. Padał deszcz. Doskonale pamiętam tę chwilę, tę pogodę i uczucia, które mi towarzyszyły. Byłam najzwyczajniej w świecie szczęśliwa. Zajebiście szczęśliwa. Miałam wrażenie, że nikt nie jest w tym momencie szczęśliwszy ode mnie… Przygotowaliśmy karton z napisem „Kosice”, dokąd planowaliśmy początkowo się dostać (mieliśmy cichą nadzieję dotrzeć tego dnia na Węgry, ale nie zamierzaliśmy za wszelką cenę gnać do przodu i przystanek na Słowacji jakoś szczególnie by nam nie przeszkadzał). Łapaliśmy około godziny. Nie przepadam za tą wylotówką, ruch jest znikomy i raczej długo czeka się na okazję. My mieliśmy jednak wyjątkowe szczęście… „Do Kosic jedziecie?” , „właściwie to do Rumuni” , „ja też”. Tym sposobem jednym samochodem dotarliśmy do najwspanialszego kraju, w jakim byliśmy. Jechaliśmy osiem godzin, nastąpiła mała zmiana planów i pojechaliśmy do Kluż-Napoki, gdzie nasz kierowca zaproponował nam nocleg. Po zjedzeniu zupek chińskich poszliśmy do baru na piwo, a po powrocie poczęstowano nas rumuńską „TSUJKĄ”. Jako że wprawiona w smakowaniu wódki nie jestem – myślałam, że się spalę od środka. Dosłownie. Już od samego powąchania piekło mnie gardło, potem tylko zastanawiałam się, czy aby na pewno to przeżyję.

Tsujka to rumuński trunek, dostępny w domach wielu gospodarzy. W oficjalnych wydaniach produkowana jest tylko ze śliwek, ale spotkać można również te powstałe za pomocą innych owoców. 

Kluż Napoka (rum. Cluj-Napoca) - drugie co do wielkości (pod względem liczby ludności) miasto Rumunii


   Następnego dnia wstaliśmy wcześnie i ruszyliśmy na wylotówkę  w stronę Turdy. Przeszliśmy pieszo sporo kilometrów, w nowym miejscu znaleźliśmy się koło południa. Mieliśmy co prawda zamiar pojechać dalej, ale zostaliśmy. Urzekło nas piękne otoczenie miasta. Rumuńskie góry mają coś w sobie. Jakąś dzikość…piękno nieskalane ręką człowieka… Z pozoru krajobrazy przypominają te polskie – ale w tym pierwotnym stanie. Nie są na siłę ulepszane; zmieniane na potrzeby turystów. Nawet rumuńskie drogi – pełne dziur i nierówności, wchodzą w skład elementów tworzących niepowtarzalny klimat tego kraju… 
   Leżałam na trawie i czekałam na Damiana, który poszedł do sklepu. Zagadał do mnie starszy pan, tak po prostu, bez powodu. Mówił po rumuńsku, z wątpliwością zapytałam go o angielski (wątpliwość miałam większą co do własnej osoby i blokady, którą dopiero jakiś czas temu postanowiłam przełamywać). Okazało się, że potrafi co nieco (czyli mniej więcej tyle co ja – przez co poczułam się pewniej). Zaprosił mnie do siebie. Mówiąc mu, że czekam na chłopaka, podał numer domu i kazał nam przyjść. Ubraliśmy już plecaki i mieliśmy ruszać w góry, nie chcieliśmy nadużywać czyjejś gościnności i głupio nam było tak po prostu do kogoś iść. Jednak starszy pan pojawił się znowu i ponowił zaproszenie. Pokazał nam pokój, w którym mieliśmy spać i dodał „no Money – no problem”. Tak więc po raz kolejny doświadczyliśmy ludzkiej gościnności. A ugościł nas w wyjątkowy sposób…tsujką. A raczej ugościł Damiana, bo ja skutecznie się przed nią wzbroniłam, tłumacząc że to zdecydowanie dla mnie za mocne. Gospodarz na szczęście nie nalegał…czego chyba nie może powiedzieć Damian, który tsujkę miał nalewaną szklankami. 

Łagodne góry Turdy


   Następnego dnia przetransportowaliśmy się do Sybinu, gdzie w końcu mieliśmy okazję do spania w namiocie, za czym tęskniłam przez cały rok. Na obrzeżach pasterze zajmowali się swoim stadem krów i owiec, które właśnie zaganiali do domów. My w tym czasie zrobiliśmy sobie zupki chińskie na butli gazowej i odczekaliśmy, aż trochę się ściemni. Widoki zdecydowanie mnie urzekły – tradycyjne pasterstwo, które wciąż funkcjonuje w Rumuni, ma wiele pozytywnych stron. Będąc w tym kraju, ciężko nie zauważyć krów, przechodzących swobodnie przez ulicę i owiec pasących się na ogromnych obszarach. 




   Ostatni dzień spędziliśmy w Bukareszcie – choć początkowo plany były zupełnie inne. Mimo że nie lubię stolic i żadnych dużych miast – nie żałuję. Tam właśnie poznaliśmy Ilie i jego żonę. Ilie podszedł do nas, bo zauważył karton z napisem miasta, a sam sporo stopował. Nie znał angielskiego i mówił do nas po rumuńsku. Odkryłam wtedy, że nie ma czegoś takiego, jak ograniczenie językowe. Jeśli ma się z kimś dobrze dogadać – to sposób mówienia nie ma żadnego znaczenia. Po prostu się rozumieliśmy…mówiąc innymi językami. Ilie na szybko oprowadził nas po Bukareszcie i, wcześniej dzwoniąc do żony, zaprosił nas do domu, gdzie spędziliśmy noc. Nasi gospodarze okazali się zapalonymi miłośnikami gór, wieczorem oglądaliśmy zdjęcia rumuńskich fogaraszy – czyli mojego ogromnego marzenia, które niedługo zamierzam zrealizować. Ugościli nas w wyjątkowy sposób i sami okazali się wyjątkowymi ludźmi, których na pewno zapamiętamy na zawsze i z którymi, mam nadzieję, jeszcze się zobaczymy. 

Bukareszt 

Nasi gospodarze z Bukaresztu:)

   Piątego dnia pojechaliśmy w dalszą podróż, jednak to w Rumuni zostawiłam swoje serce. To do Rumuni chciałam wracać już chwilę po wyjechaniu z niej. W marzeniach miałam jednak jeszcze Albanię…Albanię, która nieco mnie rozczarowała…

CDN:)

niedziela, 13 marca 2016

Tania Norwegia cz. III (skocznia, Levanger i...zorza polarna!)

"Po co podróżuję? Coraz częściej sama podróż jest wystarczającą odpowiedzią"...
_______________________________________________
  Poniedziałkowy wieczór spędziłyśmy polując na zorzę. Nie miałyśmy zamiaru powtórnie wchodzić na górę, choć widok z niej byłby zapewne efektowny. Poszłyśmy nad fiord, nie miałam tego dnia cierpliwości i myślałam o tym, żeby już wrócić i iść spać. Po jakimś czasie, zrezygnowane powoli zmierzałyśmy w stronę domu, co chwilę patrząc z nadzieją w niebo. I wtedy właśnie pojawiła się biało-zielona łuna... Biegiem ruszyłyśmy z powrotem nad fiord. Zaczęło się przedstawienie. Wcześniej oczami wyobraźni widziałam ten moment - ja w Norwegii, stojąca w śniegu i podziwiająca to piękne zjawisko, często opisywane w ukochanych przeze mnie sagach. Takie magiczne wyobrażenie... W rzeczywistości czułam się trochę inaczej, niż w moich marzeniach. Było piękniej, choć jednocześnie ta "realna zorza" była dużo słabsza, niż ta widziana oczami mojej wyobraźni. Chwila była ulotna...chyba najbardziej ulotna w moim życiu. Widziałam coś, na co chciałam patrzeć przez długi czas, a co znikało... Pojawiało się na krótki moment, by za chwilę rozpłynąć się w powietrzu. Czyż nie właśnie takie jest życie? Czyż piękne chwile nie trwają równie krótko? I równie szybo nie rozpływają się w powietrzu? Lecz czym było zwykłe, szare niebo w porównaniu do nieba zdobionego tańczącą, kolorową łuną? I czym są smutki w porównaniu z pięknymi chwilami? To właśnie je powinniśmy celebrować, to właśnie z nich powinniśmy czerpać radość. Czasami myślimy zbyt dużo, nie mając czasu, by przystanąć i...po prostu się cieszyć. Tak oto  spełniłam jedno z moich marzeń. Wiedząc jednocześnie, że spełnię każde inne. Z pieniędzmi lub bez nich...

Zorza polarna była tak ulotna, że nie udało się jej uchwycić... Natrafiłyśmy jednak również na zjawisko, nazwane "halo", czyli prosto mówiąc - "tęczę" otaczającą księżyc

Prawdziwa zima; prawdziwe sople lodu 

   Będąc w Trondheim nie ominęłyśmy wyprawy na skocznię narciarską. W jedną stronę miałyśmy osiem kilometrów, nie żałuję jednak, że poszłyśmy pieszo. Widoki po drodze były naprawdę piękne. Czułam w końcu, że przeżywam prawdziwą zimę - w nocy spadło jeszcze więcej śniegu, świat wyglądał wyjątkowo. Rozczulał widok ciepło ubranych dzieciaków z przedszkoli, którzy jeździli na nartach i biegali, zapadając się w śniegu. Wybierając się na skocznię, nie wiedziałyśmy nawet, że można na nią wejść, jednak nie ma żadnych ograniczeń. Oczywiście weszłyśmy na samą górę, ze zdziwieniem patrząc na miejsce, z którego startują, bo..."jak to w ogóle możliwe, że się tam nie zabijają?!"... Postanowiłyśmy wrócić na stopa. Stanęłyśmy przy Remie 1000 (mieli akurat degustację owoców, które, swoją drogą, były bardzo dobre:P) przed przystankiem autobusowym. Przez chwilę próbowałyśmy coś złapać, jednak po paru minutach podjechał autobus miejski... W Norwegii w takich autobusach wchodzi się przednimi drzwiami, pokazując kierowcy bilet. Da się jednak ominąć tę regułę, wchodząc tylnymi drzwiami, podczas gdy ludzie akurat wychodzą. Tak też zrobiłyśmy, nie mając kasy na bilet. W sumie przypuszczam, że kierowca po prostu się nad nami zlitował i nie miał nic przeciwko pasażerów na gapę:P

...po drodze na skocznię...

...







   Jako że z różnych przyczyn coraz gorzej i coraz bardziej niezręcznie czułyśmy się w towarzystwie Jamesa, ostatnie dwie noce spędziłyśmy w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od Trondheim, Levanger, u mieszkającej na farmie Othelie. Norweskie wioski różnią się bardzo od tych polskich, jako miłośniczkę zwierząt uderzył we mnie przede wszystkim fakt, że przez tydzień nie minęłam w sumie żadnego bezdomnego zwierzęcia, ani nie zauważyłam żadnego psa na łańcuchu... Widoki były cudowne - czerwone budynki gospodarcze, konie, śnieg, woda...sceneria niczym z Norweskich sag. 

Levanger




  Jak bardzo "tania" okazała się być Norwegia? 

Wydaje mi się, że bardzo... Przez tydzień czasu straciłam 30 złotych, doliczając do tego bilety lotnicze - 110. Da się? Da...jak wszystko:P

czwartek, 3 marca 2016

Tania Norwegia cz. II (uroki Trondheim, próba upolowania zorzy i co nieco o freeganiźmie...)

"Szkoda spać, kiedy świat taki piękny; Rzeka, góry, polana i las. Pakuj plecak i rusz na wędrówkę"...
________________________________________
   Niedzielę zaczęłyśmy od zwiedzania Trondheim. Rano przebrnęłyśmy przez jego „zabytkową część”, nieco później trafiłyśmy nad brzeg Trondheimsfjorden - zatokę morza Norweskiego. Widok wody otoczonej górami zdecydowanie mnie urzekł, był uosobieniem moich wyobrażeń o tym kraju (wiedziałam wtedy, że widząc tę namiastkę, ten wielki fiord, nieco już za bardzo ucywilizowany według moich norm, wrócę tu na pewno, gdy będzie cieplej, by napawać się miejscami bardziej dzikimi). Co ciekawe – na wodzie, na wysepce znajduje się byłe więzienie, w którym praktykowane były nieco prymitywne metody radzenia sobie z więźniami, prosto mówiąc – obcinano im głowy i wbijano na pale. Czy dobrze, że całkowicie odeszło się od tego typu kar? Nie byłabym tego taka pewna, niektórzy wciąż na to zasługują. Do domu wróciłyśmy przed południem po to, by chwilę się ogrzać i ruszyłyśmy na twierdzę. Droga była mocno oblodzona, więc wejście na nią nie należało do najłatwiejszych – po drodze co chwilę ktoś się wywalał…:p Mimo niskiej temperatury było nam cholernie gorąco (chyba między innymi ze strachu o każdy stawiany krok:D). Dotarłyśmy jednak na górę, a z powrotem poszłyśmy nieco mniej stromą drogą…

Trondheimsfjorden

...

Więzienie na fiordzie

   Zaczęłyśmy już zastanawiać się, jak osiągnąć nasz główny cel – czyli jak, kiedy i z jakiego miejsca podziwiać zorzę polarną. Prognozy na tę noc były średnie – istniało co prawda prawdopodobieństwo wystąpienia zorzy, jednak na niebie była masa chmur, która pewnie i tak skutecznie by ją zasłoniła. Miałyśmy jednak plan wejść na górę w Trondheim i stamtąd spróbować ją upolować… 
   Wyszłyśmy późnym wieczorem. James dał nam latarkę, a my przekonane że nic więcej nie będzie nam potrzebne, bo droga nie będzie ani długa ani męcząca – nie wzięłyśmy nawet nic do picia. Na górę szłyśmy jednak około dwóch godzin, co chwilę zapadając się w śniegu, albo ślizgając się na lodzie, a końca drogi jakby nie było widać. Wkoło las…cisza…i tylko odgłosy natury – czyli to, co kocham najbardziej. Ubrałyśmy się ciepło, co okazało się sporym błędem, bo będąc w ciągłym ruchu, zrobiło się nam cholernie gorąco, co potęgowało jeszcze nasze pragnienie, ale i na to znalazła się rada…śnieg okazał się czysty i idealnie zastępował wodę :p Cel został osiągnięty w połowie – na górę weszłyśmy, zorza jednak nie została upolowana… Ale trudno – próbować miałyśmy też na drugi dzień! Do domu wróciłyśmy koło trzeciej, praktycznie momentalnie zasypiając…

Nocny widok na oświetlone Trondheim

   Poniedziałek był trochę leniwy… Narodził się plan pójścia do sklepu, przez weekend nie straciłyśmy ani korony, teraz kończył nam się chleb z Polski, do tego naszła nas ochota, by w końcu móc wypić herbatę. Wstąpiłyśmy więc do Remy – czyli jednego z tańszych sklepów w Norwegii i spędziłyśmy trochę czasu przyglądając się cenom. Ostatecznie wyszłyśmy z niego z dwiema bułkami i jakąś najtańszą herbatą. Lecz tego dnia zjadłyśmy też obiad, składający się z brokuły z ziemniakami i sałatką…za darmo. Sądziłam wprawdzie, że będę miała opory przed zabieraniem tego, co teoretycznie nadaje się na odpady, ale widząc, w jakim to jest stanie, aż głupio było tego wszystkiego nie wziąć i sprawić, by się zmarnowało... Norwegia okazała się rajem dla tych, co nie mają pieniędzy, naprawdę… Ten oto jeden z droższych krajów! Produkty, które miały być wyrzucone, wyglądały lepiej niż niejedne kupowane przez nas w Polsce… Czasem o wyrzuceniu decydował zły nadruk na opakowaniu, czasem była to jakaś mała plamka na warzywie (a zastanówmy się, ile takich „plamek” widzimy na warzywach sprzedawanych u nas w sklepach!)… Skoro coś ma być przeznaczone na odpady, a nadaje się do spożycia – dlaczego tego nie wziąć? Tym oto sposobem codziennie miałyśmy obiad, jadłyśmy pyszną sałatkę owocową, a w ostatnich dniach napychałyśmy się słodyczami…….z dobrą datą ważności, z dobrym opakowaniem i idealnym wydrukiem – ale takimi, które np. sprzedawane miały być tylko na święta, a święta dawno minęły… Wszystko to, nie tracąc ani grosza…

Nasze pierwsze zdobycze 

Kolacja...sałatka, bułki z guacamole i herbata z przyprawą z Ugandy :p

Taką wyżerkę miałyśmy w ostatnich dniach...już w Levanger, nie w Trondheim...

CDN. 

poniedziałek, 22 lutego 2016

Tania Norwegia cz. I

   Będąc dziećmi, myślimy że nie ma rzeczy niemożliwych, wierzymy w czary, kierujemy się bezwzględną szczerością, nie udajemy nikogo, napawamy się pięknem i z pozoru zwyczajne zjawiska wydają nam się wyjątkowe. Cieszymy się chwilą. Dziś twierdzę, że najważniejsze w życiu jest to, by nigdy nie dorosnąć. Pomimo ciągłego nalegania otoczenia – nie dać się. Świat ma to do siebie, że wygląda tak, jak sami go tworzymy – czasem wystarczy spojrzeć z innej perspektywy, by zmienił się o 180 stopni… 
_________________________________________________________________

   Pewnego razu całkiem przypadkowo natknęłam się na post Oli, która szukała kompana na wyjazd do Norwegii na zorzę polarną. Nie myśląc długo, napisałam. Później dopiero uświadomiłam sobie, że nie mam pieniędzy. „Dobra, to byłoby najgorsze co możesz zrobić, gdybyś zaczęła się zastanawiać, czy ci się uda” – przemknęło mi przez myśl. Kupno biletów? Do Norwegii można je dostać naprawdę tanio, tyle na pewno uzbieram. Jedzenie, woda? W jednym z droższych krajów? Na pewno są jakieś alternatywy (o tym napiszę później:).
   I tak oto jakiś czas później siedziałam w samolocie, lecącym do Trondheim. Zapłaciłyśmy 80 zł w dwie strony – niedużo. Spakowałyśmy się w mały bagaż podręczny, który można wnieść bezpłatnie i zaoszczędzić na tym sporo pieniędzy. Leciałam pierwszy raz w życiu, więc połowę drogi siedziałam jak na szpilkach i modliłam się, żeby w końcu wylądować, z biegiem czasu jednak zasnęłam…


   Na lotnisko w Trondheim dotarłyśmy przed południem, od razu urzekły mnie widoki, które wyjątkowo ładnie było widać szczególnie przy lądowaniu. Początkowo zjadłyśmy zupkę chińską, następnie udałyśmy się na wylotówkę do centrum Trondheim. Nie łapałyśmy dłużej, niż dwie minuty, choć przygotowana byłam na znacznie dłuższy czas, wnioskując z opowieści ludzi, stopujących w Norwegi. Może miałyśmy po prostu szczęście…

Jedno z bardziej charakterystycznych miejsc w Trondheim - domki przy rzece Nidelva...

   O 16 dotarłyśmy do naszego hosta – Jamesa. Nie ukrywam, że od początku czułam się nieco nieswojo. Nie znam angielskiego. Tak, dziwna sytuacja… Niezbyt miła bariera (ale chyba nie ma bariery tak wielkiej, by nie móc wyjechać)… Jako tako rozumiem, zazwyczaj potrafię ogarnąć kontekst zdania, mam jednak spore problemy z mówieniem, a najgorsze jest to, że…długo myślę, jak ułożyć zdanie. No i kiedy tak myślę…zaczynam się denerwować, że tak długo to trwa i ostatecznie nie mówię nic:D Niestety od dawien dawna nie miałam styczności z angielskim, a i wcześniej moja nauka tego języka była ograniczona… James (mimo że umieściłam wyraźną informację o tym na couchsurfingu, a on mimo to zgodził się mnie przyjąć), nie potrafił zrozumieć, jak to możliwe, że słabo mówię po angielsku i chwilami zachowywał się…no cóż…po prostu chamsko. Nie oceniałam jednak wtedy – bo za mało jeszcze czasu z nim spędziłam, a poza tym nie przywykłam do narzekania na ludzi, którzy mnie hostują, zawsze staram się docenić każdą pomoc.
   Sporo czasu spędziliśmy, słuchając Afrykańskiej muzyki i oglądając debatę (w Ugandzie trwały właśnie wybory na prezydenta), z której w sumie mało zrozumiałam. James pił drinki, więc i my postanowiłyśmy napić się wina, nabytego na bezcłowym, które okazało się mieć wyjątkowo specyficzny smak. Po jakimś czasie przyszli koledzy Jamesa i z początku było w sumie dosyć sympatycznie, później...trochę dziwnie. Miałam tego dnia pewien niedosyt, spowodowany zapewne spędzeniem zbyt dużej ilości czasu w domu, ciągnęło mnie już do wyjścia i zobaczenia okolicy, na co poświęcić miałyśmy kolejny dzień...........

CDN.

sobota, 23 stycznia 2016

Autostop zimą... Szczecin - Berlin.

"Podróże mają magiczną moc uzdrawiania duszy i zdecydowanie pozwalają zdystansować się do problemów dnia codziennego. Nie rozwiązują ich bezpośrednio, jednak pomagają przewartościować i spojrzeć na nie jakby z drugiego brzegu rzeki"...

Plan odbycia "chociaż krótkiego tripu" pojawił się jakiś czas temu. A dokładnie w chwili, gdy codzienne problemy zaczęły przytłaczać mnie na tyle, że musiałam o nich chwilowo zapomnieć. Mimo że w gruncie rzeczy wszystko zaczęło się powoli układać...

Był to nasz pierwszy zimowy autostop. Jako miłośniczka tej pory roku - napawałam się zimnym powietrzem i jakoś szczególnie (poza zamarzniętymi stopami) mróz mi nie przeszkadzał. Zima ma w sobie coś takiego, że pozwala bardziej cieszyć się tym, co mamy na co dzień i czego nie dostrzegamy, bo wydaje się to czymś zwyczajnym...pozwala cieszyć się dachem nad głową, ciepłą herbatą i grubym kocem. Chyba dlatego darzę ją taką sympatią - jest pewnego rodzaju "uświadamianiem".

Nasz wyjazd zaczęliśmy ze Szczecina. Autobusem miejskim dojechaliśmy do Kołbaskowa - na wylotówkę na Berlin. Sporo czytaliśmy o łapaniu w tym miejscu, wszystkie opinie były raczej pozytywne - "nie postoicie dłużej niż pół godziny" i tak dalej... W naszym przypadku było jednak inaczej. Doszłam do wniosku, że wszystko zależy jednak tylko i wyłącznie od szczęścia... Nie mając go ani odrobiny nie dojedzie się do celu - nie ważne, gdzie się łapie. Ten dzień uznaliśmy więc za pechowy. I co teraz? Zaczyna się ściemniać, nie mamy gdzie spać, niby w pobliżu jest stacja, ale na stacji "tak jakoś dziwnie", nie ma sensu dłużej tu stać, bo nie przewidując sytuacji nie wzięliśmy nawet nic odblaskowego. Trudno - pozostał nam miejski z powrotem do Szczecina. Dojazd na lotnisko.....po pierwsze - przewyższał nieco nasz budżet (tak, mieliśmy w portfelu w sumie same euro), po drugie....okazało się, że ostatni autobus odjechał chwilę przed naszym przyjściem. No więc nocleg na lotnisku dosyć szybko nam odpadł. Dworzec w Szczecinie był właśnie w przebudowie, więc tam również nie było jak się zdrzemnąć. Przed nocnym błąkaniem się po Szczecinie uratowały nas słowa Damiana "mam tu rodzinę".... :)

Kołbaskowo, przed autostradą na Berlin, gdzie spędziliśmy sporo czasu...

...a gdy stopy zamarzały - przerwy na stacji :p

Na drugi dzień mieliśmy dużo więcej szczęścia, no i też dużo wcześniej stanęliśmy na wylotówce... Nie łapaliśmy długo, zatrzymał się miły Pan, który widział nas również dnia poprzedniego - gdy z Berlina wracał. Po godzinie drogi byliśmy na miejscu. Kilka godzin spędziliśmy na zwiedzaniu, choć nie wiedzieliśmy za bardzo gdzie pójść i co zobaczyć (my, jak to my - nigdy dokładnie nie ogarniemy miasta, zawsze wszystko ogarnia się na miejscu). Z początku nie do końca radziliśmy sobie z dosyć skomplikowaną komunikacją miejską w Berlinie, ale po krótkim czasie czuliśmy się już tam dosyć dobrze. 

Rzeka Sprewa 

Reichstag - siedziba niemieckiego Parlamentu

Brama Brandenburska

Pod wieczór dotarliśmy do naszego hosta, z którym skontaktowaliśmy się kilka dni wcześniej. Drugi raz podczas naszych wypadów mieliśmy spać u kogoś, kogo właściwie nie znaliśmy. Piotr okazał się świetnym człowiekiem, z którym spędziliśmy wiele godzin...grając w "Ryzyko" (drugą nocą tak się to przeciągnęło, że poszliśmy spać po 4, kiedy on o 8 musiał iść do pracy, a my lecieć na wylotówkę:p). Piotr wypisał nam miejsca, które warto zobaczyć w Berlinie i Potsdamie, więc na drugi dzień nie byliśmy już tak zagubieni i zdezorientowani :p

Gra, która uzależnia:p

Wykupiliśmy bilet całodobowy na komunikację miejską, która...w Berlinie jest bardzo droga (lub raczej należy powiedzieć - w Polsce jest bardzo tania :p), taki bilet wyniósł nas 7 euro (na strefę ABC), więc opłacał się zdecydowanie bardziej, niż bilety dwugodzinne po 3 euro. Taki bilet całodniowy jest ważny na wszystkie środku transportu. Spędziliśmy dzień zwiedzając Berlin i Potsdam.

Dzielnica Holenderska - Potsdam

Park Sanssouci - Potsdam...

...ciąg dalszy...

Pomniki Żydów - Berlin

...

Widok z Kopuły na Berlin...

Na wylotówkę dnia następnego dostaliśmy się jakoś o 11, jadąc kolejką do stacji Erkner. Miało być trudniej, niż w Kołbaskowie...było dużo łatwiej. Nie minęło więcej niż 5 minut, a zatrzymała się sympatyczna kobieta, z którą co prawda nie zbyt dobrze się dogadywaliśmy (my kaleczyliśmy niemiecki, a ona się z nas śmiała). Udało nam się jednak wytłumaczyć jej, żeby wypuściła nas na stacji przed Frankfurtem nad Odrą. Łapaliśmy na Poznań. Na stacji właściwie nie było samochodów, mimo to złapaliśmy po 10 minutach. Nasz kierowca okazał się bardzo roztargnionym człowiekiem. Z początku szukał portfela i dokumentów, zasugerowałam, że może wypadł mu, gdy szedł do bagażnika. Tak też było. Po znalezieniu portfela ruszyliśmy. Zadawaliśmy mu kilka pytań, ale jego odpowiedzi były tak jakby...nieadekwatne do pytań, więc większość drogi spędziliśmy w milczeniu, nie wiedząc za bardzo, czy się odzywać, czy lepiej nie. Później prosiliśmy, żeby wysadził nas przed Poznaniem (nie wjeżdżał do centrum), ale zajechał za Poznań i wysadził nas na stacji, z której musieliśmy przejść przez autostradę na drugą stronę:P Dodatkowo zapomniał, że mamy plecak w bagażniku i prawie odjechał z nim :D Mimo to bardzo doceniam jego pomoc, bo gdyby nas nie zabrał, to nie wiem, ile czasu byśmy łapali na tej mało uczęszczanej stacji. Do Poznania zabrał nas Niemiec, który nawet trochę zboczył ze swojej trasy, żeby wysadzić nas w lepszym miejscu. Noc spędziliśmy u znajomego.....budząc się na "lekkim" kacu. Tak, żeby uczcić udany wyjazd!:P 

Miałam okazję zrozumieć, że właśnie podróże są tym, co daje mi maximum szczęścia i spełnienia. Tym, bez czego byłabym o stokroć biedniejszym człowiekiem. Z życia należy czerpać tyle, ile się da...dlatego właśnie rok 2016 określam rokiem podróży...i rozpoczynam go wraz z wieloma planami..takimi, które już istnieją i takimi, które jeszcze się narodzą... 

"Być w drodze - oto, co mi się marzy"...

środa, 30 września 2015

Autostop Polska - Litwa

"Podróżowanie jest brutalne. Zmusza Cię do ufania obcym i porzucenia wszelkiego, co znane i komfortowe. Jesteś cały czas wybity z równowagi. Nic nie należy do Ciebie, poza najważniejszym - powietrzem, snem, marzeniami, morzem i niebem...."
________________________________________________________
Nie jestem doświadczoną podróżniczką - mało w życiu widziałam i "od zawsze" brakowało mi pieniędzy, żeby wyjeżdżać. Przez długi czas zdawało mi się, że mogę tylko marzyć. Marzyć lub męczyć się i z trudem odkładać pieniądze, by po roku oszczędności pozwolić sobie na jakąś tygodniową podróż. Ze dwa lata temu nie przywiązywałam wagi do czegoś takiego, jak "autostop" i tanie podróżowanie. Byłam przekonana, że aby wyjeżdżać potrzebne są pieniądze - byłam przekonana, że pieniądze potrzebne są do wszystkiego - tak przecież twierdzą ludzie. Cicho jednak pragnęłam......pragnęłam nie posiadać tego, co zbędne - tego, co wyłącznie namacalne, tego co tylko pozornie przynosi nam szczęście - całych tych dóbr materialnych, po które tak usilnie pędzimy. Nie pamiętam kiedy, nie pamiętam dokładnie jak........pomyślałam "może by tak spróbować INACZEJ?".
I okazało się, że świat wcale nie jest odległy. Że tylko my takim go tworzymy.

Aby odwiedzić nasze polskie Mazury oraz Litwę - czyli przeżyć miły, tygodniowy mini trip spędziliśmy jeden dzień zbierając borówki...serio. Zarobiliśmy 120 zł i okazało się, że tyle wystarczy;)

Była to nasza druga taka podróż. Pierwszego dnia udało nam się dojechać z Kołobrzegu do Olsztyna, gdzie spędziliśmy noc nad jeziorem Ukiel. Zastanawialiśmy się, czy w przeciągu tygodnia zdążymy odwiedzić Wilno, jednocześnie spędzając wystarczająco dużo czasu nad jeziorami - żeby nie czuć żadnego niedosytu. Mazury jednak, szczerze mówiąc- nie do końca nas zachwyciły, a jeziora tam w większości są już bardzo ucywilizowane... Po dwóch dniach spędzonych tam łapaliśmy więc do Kowna na Litwie, gdzie przenocował nas "nasz kierowca", udostępniając swój kamper (podczas wyjazdów zmieniam nieco zdanie o ludziach...są mili...przynajmniej niektórzy:)). Następnego dnia dostaliśmy się do Wilna - ładne, zadbane miasto, mające w sobie coś, co wyróżnia je od innych miast... W drodze powrotnej po raz kolejny mieliśmy kontakt z policją - zatrzymaliśmy się w naszym "sprawdzonym" już miejscu w Olsztynie. Słysząc jak ktoś próbuje się dobić do naszego namiotu pierwszy raz odczułam strach podczas spania na dziko, dopiero po naszym pytaniu "kto to?" odpowiedzieli, że policja, rozwiewając nasze najgorsze obawy :D Po chwili rozmowy pozwolili jednak zostać do rana. A rano orzeźwiająca kąpiel w jeziorze..... Podczas podróży życie nabiera zupełnie innego wymiaru...

                                             Nocleg nad jeziorem w Olsztynie


                                                   Krótki przystanek w Mrągowie


Rezerwat łabędzia niemego

Ogromne jezioro w Kownie

Pięknie prezentująca się stolica Litwy:)

Widok na Wilno...

_______________________________________
"Wszak istnieje coś takiego, jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej..."