poniedziałek, 13 listopada 2017

Próba zrozumienia Ukrainy! Lwów i wjazd do Tarnopolu.

...i wiem, że ogranicza nas tylko jedno. Ograniczają nas normy; ogólnoprzyjęte ustalenia, które nie są jednoznaczne. Jeśli usłyszymy, że coś jest niemożliwe, wierzymy w to, bo nie czujemy się na tyle pewnie, byśmy mogli to podważyć. Zapominamy o tym, że "niemożliwe" posiada kilka granic i każda z nich znajduje się w zupełnie innej odległości. A każdy z nas...patrzy inaczej.

"...Wyobraźcie sobie, że naukowcy wzięli tego owada pod lupę, zmierzyli, zważyli i wyszło, że powierzchnia nośna skrzydeł trzmiela jest za mała w stosunku do jego masy ciała. W związku z tym trzmiel nie może latać, tylko że...nikt mu o tym nie powiedział! Więc on lata." /Martyna Wojciechowska 
_______________________________________
Całkiem wcześnie stanęłam na wylotówce z Jabłonek w stronę Przemyśla. Trafiłam na jednego z tych kierowców, których zapamiętuje się na długo i z którym łapie się super kontakt. Przemek nie jechał do samego Przemyśla, ale pomógł mi, wioząc w dużo lepsze miejsce i uprzyjemniając mi czas rozmową po dwóch dniach komunikowania się w zasadzie tylko z naturą. Szybko złapałam kolejnych kierowców, którzy zawieźli mnie do celu. W zasadzie miałam przejechać granicę autostopem, ale będąc sama, czasami wybieram inne środki komunikacji. Znalazłam się więc w pociągu, który był tani i na którego nie musiałam długo czekać. Była to moja druga samotna podróż i czułam odrobinę niepokoju, który naprawdę uwielbiam! "Jadę do innego kraju, nie wiem jeszcze gdzie będę spała i kogo tam poznam, nie wiem co przyniesie jutro i jaką opinię o Ukrainie sobie wyrobię i wszystko to jest niesamowicie ekscytujące!".

Wysiadłam. Było już późno i zaczynało się ściemniać, a ja stałam właśnie we Lwowie i próbowałam przeczytać jakikolwiek napis po ukraińsku, niestety byłam bezradna i nie miałam pojęcia, gdzie się udać aby znaleźć jakikolwiek nocleg. Nie miałam też internetu ani map i w sumie pomyślałam sobie, że mogłabym przespać się na dworcu i jutro na spokojnie wszystko ogarnąć, ale ostatecznie stwierdziłam, że lepiej będzie się ruszyć i zrobić to teraz. Szłam więc przed siebie i po jakimś czasie natrafiłam na hostel z pokojem wieloosobowym. Nie zastanawiałam się nad nim długo, mimo że chyba trochę przepłaciłam,dając równowartość prawie 20 złotych za łóżko. Porozmawiałam z ludźmi, z którymi miałam spędzić dwie noce, nauczyłam się od nich kilku słów po ukraińsku a następnego dnia rano poszłam zwiedzać Lwów. Miasto niewątpliwie ciekawe, ładne, związane z Polską...ale co zrobić, jeśli i tak cały czas masz w głowie góry, z których dopiero co wyjechałaś i wyobrażenia otaczającej natury, a miasto trochę cię tłamsi.






Wtedy też poznałam Łukasza, który mieszkał w Tarnopolu i planuje wyjazd w ukraińskie góry. I tak też znalazłam się właśnie tam, bo...dlaczego nie? Z Lwowa do Tarnopolu przejechałam pociągiem, poznając nieco Ukraińców (a nawet trochę bardziej niż nieco, bo już po kilku przejechanych kilometrach proponowali mi wódkę, a ich nawiązywanie kontaktów ze mną było bardzo przyspieszone). Jednocześnie jednak, gdy myśleli, że czegoś nie rozumiem, to zwyczajnie mnie obrażali, ale...przymykałam na to oko.

Do tej pory byłam jeszcze bardzo słabo rozgarnięta i mogę śmiało powiedzieć, że "nie rozumiałam Ukrainy", jakkolwiek można to zinterpretować. Miałam duży problem ze zrozumieniem rozkładu pociągów, z rozszyfrowywaniem napisów i ogarnięciem, dlaczego jakieś cztery razy przyczepili się do mnie i zadawali pytania, brzmiące mniej więcej : "co ty tu robisz sama?" (w końcu zaczęłam odpowiadać, że czekam na znajomych - działa najefektywniej).

I tak z dnia na dzień widziałam coraz więcej plusów podróżowania samej jak i minusów. Ceniłam niezależność, lecz jednocześnie brakowało kogoś z kim mogę podzielić się opiniami (bardzo trzeba uważać na wymienianie się takimi opiniami na temat Ukrainy z Ukraińcami, bo nawet jeśli zapytają "jak ci się podoba Ukraina? Mów szczerze!", to i tak oczekują tylko tego, że będzie się ją wychwalać; "Ukraina jest jak matka!")
CDN.

niedziela, 29 października 2017

Droga na Ukrainę...

"Człowiekowi jest dana władza tylko nad samym sobą"
___________________________
Pierwszy raz piszę, całkowicie nie wiedząc od czego zacząć. Wiele spraw wygląda zupełnie inaczej, niż jakiś czas temu, a moje podróże mają inne kolory i znaczenie. Wiem już, że nie wszystko w życiu musi sprawiać przyjemność, aby dawać satysfakcję. Nigdy wcześniej nie stawiałam celów ponad wolność, teraz jest nieco inaczej i mimo że zawziętość zabiera mi czas, to nie jest to bezużyteczne pozbycie się go. Pracy mam dużo, bo nadrobić muszę to, co porzuciłam kiedyś; rozwijanie talentu, nadrobienie wszelkich zaległości... Dodatkowo dbam, aby tylko dążyć...nie gonić. 

Był początek września, gdy postawiłam pierwszy krok i stanęłam razem z moim towarzyszem na wylotówce. Czułam to, co towarzyszy mi zawsze - miły dreszczyk i nawoływanie do przygody. Nie wiedziałam jeszcze, że podróż ta będzie zupełnie inna, niż zapowiadała się na początku. Naszym celem na pierwszy dzień był Poznań. Nie spieszyliśmy się, zaczęliśmy łapać dopiero przed 16. Trafiając na parę ludzi wracających z wakacji dojechaliśmy do Poznania, gdzie na obrzeżach rozbiliśmy namiot. Od tego się właśnie zaczęło a kilka kolejnych dni najchętniej bym pominęła, bo nie wnoszą tego, co powinny. Miałam dziwne rozchwianie emocjonalne, mimo że nie było tego po mnie widać. To był jeszcze ten okres, gdy źle interpretowałam moje "poczucie wolności", po części udając kogoś, kim wcale się nie czułam. Mimo że mojego towarzysza poznałam już jakiś czas przed podróżą, okazało się, że oczekujemy czegoś nieco innego. 

Trzecią i czwartą noc spędziliśmy w polskich Bieszczadach, które odwiedziłam pierwszy raz w życiu, więc chodzenie po górach samo w sobie było dla mnie ekscytujące. I w tą czwartą właśnie noc spędzoną razem w namiocie odkryłam, że za chwilę coś się zmieni. Wstałam wtedy o piątej i korzystałam przez kilka godzin z chwil spędzonych sam na sam z naturą; z chwil, które najbardziej uwielbiam. Nie odzywaliśmy się do siebie już w ogóle i atmosfera była na tyle dziwna, że w końcu, przerywając ciszę, mój towarzysz rzekł do mnie "ja wracam, ale...ty wracasz ze mną!". I tu nastał moment, w którym najchętniej wybuchnęłabym śmiechem, ale poinformowałam tylko, że jadę dalej sama. W podróży poznajemy drugiego człowieka chyba najlepiej, bo oprócz stron, które on chce ujawnić, pojawiają się też takie, które usilnie chce ukryć, ale chcąc nie chcąc, w podróży dają o sobie znak. 

Droga na szczyt z Cisnej

Tak więc zostałam sama. Bez namiotu, mapy, z letnim śpiworem i resztką pieniędzy. Mimo to nigdy chyba w życiu nie czułam tak wielkiej ulgi, jaką czułam wtedy. I dopiero teraz wykrzyczeć mogłam sama do siebie "łuhu, jedziesz na Ukrainę i w końcu jest tak, jak być powinno!". 

Cel pierwszy : "ogarnięcie noclegu". 

Była godzina prawie 16 więc jedynym logicznym wyjściem było znalezienie schroniska na noc. Znalazłam internet w bibliotece i korzystając z niego, rozpoczęłam drogę do najtańszego schroniska w okolicy. Do przejścia miałam 10 kilometrów i mimo że mogłabym śmiało pojechać tam autostopem, wybrałam drogę pieszo. Chłonęłam widoki gór i napawałam się własnym zmęczeniem, które tak bardzo uwielbiam. Nogi mnie niosły, dosłownie. Spadł ze mnie ogromny ciężar i w tym momencie, jedyne czego pragnęłam to ta właśnie samotność, w której tak naprawdę nie byłam sama. Po taniości dostałam duży pokój, który zarezerwowałam na dwie noce, aby zdążyć nacieszyć się górami. 

10 kilometrów do schroniska...

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Napisałam kilka wierszy, przemyślałam wiele spraw, spojrzałam z różnych perspektyw na świat. I była to ta chwila, w której miałam uczucie, że moje życie nie jest do końca prawdziwe, realne...towarzyszyło mi wrażenie że jestem ja i jest ktoś obok mnie. I odkryłam, jak bardzo uciekamy od czegoś. My - jako ludzie. Omijamy to, co wydaje nam się trudne i idziemy na łatwiznę, bo zwyczajnie się boimy. I o ile czasami ucieczka jest nam potrzebna, tak w wielu przypadkach jest tylko niepokonywaniem barier, strachem. Wiedziałam też, jak ogromną przyjemność sprawia mi moja niezależność i jak męczę się, będąc przy kimś, przy kim moja niezależność nie ma racji bytu. A co najważniejsze - cieszyłam się jak dziecko. Cieszyłam się, mimo że nostalgiczny nastrój towarzyszył mi całą noc. 

Przyroda w drodze na "Durną"



Brudne buty mają najlepsze historie 

CDN

wtorek, 19 września 2017

...w świecie, gdzie każdy jest kimś...

...I niemalże niewykonalne jest bycie wolnym. Wolność bywa złudzeniem, które nas motywuje. Jako dzieci jesteśmy zbyt słabi, by się przeciwstawić. Dlatego nic nie zostaje urywane. Jeśli rodzisz się w rodzinie islamistów, prawdopodobnie zostaniesz islamistą. Jeśli Twoi rodzice są realistami, którzy boją się marzeń, istnieje prawdopodobieństwo, że Ty również będziesz się ich obawiał. Jeśli obracasz się w towarzystwie ludzi, którzy palą, wzrasta ryzyko, że i Ty zostaniesz palaczem. Coraz mniej w nas zawziętości i determinacji. Bo tworzy nas społeczeństwo. Coraz mniej bycia jednostką, a więcej bycia ogółem. I choć czasy się zmieniają, a możliwości jest więcej, wciąż boimy się powiedzieć "jestem tym, kim jestem, a nie tym, kogo stworzyliście". 
___________________________________________________
Moja kartka też była do pewnego momentu zapisywana przez kogoś, i choć już coraz rzadziej - wciąż czasem przerasta mnie wyrywanie jej z ich rąk. Pewnego dnia uświadomiłam sobie, jak wiele spraw w naszym życiu to tylko decyzje otoczenia, wpływy znajomych lub jakieś niezrozumiałe złudzenia. Przez długi czas byłam słabą osobą, która przy najmniejszych niepowodzeniach wpadała w szał, płacz lub po prostu zamykała się w sobie. I chcąc nie chcąc, muszę przyznać się do jednego - nie chciałam tego zmienić. Uważałam, że taka już jestem. A to tylko tkwiący we mnie głos podpowiadał mi, że takie reakcje na niepowodzenia są w pełni uzasadnione. Nie były. Raz jeden postanowiłam spojrzeć na z pozoru przykrą sprawę w zupełnie innym wymiarze. I tak właśnie nauczyłam się kontrolować swoje nastroje i decydować sama za siebie - bez ingerencji osób trzecich. Od kilku miesięcy nie przeżyłam ani jednego załamania. To sukces - nie zamykam się w sobie, nie wpadam w stany agresywne lub depresyjne. Chodzę jak nakręcona; chętna do działania i realizacji. W końcu wzięłam życie w swoje ręce, podjęłam wiele decyzji, które coś zmienią i jestem zwyczajnie dumna.

Odkryłam, że każdy człowiek posiada zdolność kreowania siebie. Zdolność patrzenia z różnych perspektyw. Do niedawna każda porażka mnie przygniatała, sprawiała że kończyłam dążenie do celu, bo po co... Teraz widzę takie sprawy zupełnie inaczej. "Nie udało się w ten sposób, zrobię to inaczej", "uważasz że to mi się nie uda? Udowodnię, że się mylisz!", każde niemożliwe pcha mnie do działania. Każda porażka sprawia, że mam jeszcze większą ochotę ponowić próbę. I każda ponowiona próba sprawia mi jeszcze więcej przyjemności. A każde dojście do celu po wielu porażkach, jest bardziej satysfakcjonujące.

Pierwszy też raz postawiłam sobie CEL w swoich podróżach, w swoim życiu... Od dawna wszystko robiłam tylko dlatego, że lubię. I wciąż tak jest, czegoś jednak zaczęło mi brakować. Czegoś tylko mojego, co mogę w życiu robić i co będzie dla mnie zadowalające. Głupio się przyznać, ale...zaczęło mi brakować czegoś poza wolnością! I nawet trochę zaczęły mnie wkurzać wieczne marzenia o bezcelowym włóczeniu się po świecie. I choć bardzo długo myślałam, że właśnie to da mi szczęście; że chcę tylko nie posiadać (bo materialność  nas niszczy), że chcę mieć dom tam, gdzie akurat przebywam i cieszyć się tym że po prostu jestem to coś do tych marzeń dodałam i dopiero teraz czuję, że podróże są naprawdę tym, co będę robiła całe życie! Zawsze byłam za słaba, żeby pogodzić się ze światem. Teraz idzie mi całkiem nieźle i choć wiele rzeczy irytuje, to czuję że stawię temu czoła... Bo mam cel i marzenie do realizacji na najbliższe kilka lat... I choć wiem, że będzie mi ciężko, bo już za dwa tygodnie będę musiała pogodzić studia dzienne, kilkugodzinne treningi, podróże kiedy tylko się da i kilka innych spraw, to jakoś wewnętrznie czuję, że w końcu ruszyłam się z miejsca. I w końcu zaczęłam podróżować na większą skalę...


______________________________________________________
Latam,
bez skrzydeł przemierzam przestrzenie nad światem,
Tańczę,
z obłokami unoszę się w rytm piękna,
Widzę,
to czego nie widać z poziomu ziemi,
Zaprzyjaźniam się;
zawieram relacje z kluczem czarnych ptaków...
I łykam wolność,
smakuję jej aksamitność i szczerość
I jestem kimś;
w świecie, gdzie każdy jest kimś
I nie mam skrzydeł,
w świecie, gdzie nikt z ludzi ich nie ma
I latam nad nim,
nad światem, nad którym nie każdy lata...
I krzyczę do Was,
Przekrzyczeć chcę wiatr i rozbudzić słuch
I echo podąża w ślad za mną 
i szepcze.......
że też nie ma skrzydeł........
a lata......

poniedziałek, 31 lipca 2017

Włochy... Pierwsza samotna podróż.

"Żadna inna rzecz nie da ci tyle wolności co pasja. Szczęście, które dostajesz zupełnie za darmo"...
_____________________________________
W ostatnim roku przeżyłam okres, w którym porzuciłam wszelakie marzenia, plany, ambicje, zatrzymałam się na pewnym etapie życia i, nie zdając sobie z tego sprawy - uzależniłam się od kogoś. Uświadamiałam wszystkich, jak ważna jest wolność, a sama wolna nie byłam. Pękło coś we mnie dopiero w chwili, gdy zakończyłam jedną z relacji, która napełniała mnie toksynami. Dawno, baaardzo dawno nie czułam się tak wolna i szczęśliwa, jak teraz - gdy samodzielnie mogę podejmować każdą decyzję. A co najważniejsze - dopiero w tym momencie zyskałam tak ogromną pewność siebie, której nie miałam nigdy wcześniej. Dopiero teraz odkryłam kim jestem, poznałam dużo nowych ludzi i otworzyłam się na...życie. Nie będę rozpisywać się na temat banałów, szczegółów ani innych tego typu spraw. Pewnego poranka po prostu wstałam, spakowałam się i wyszłam z domu. I takiej odwagi, siły i poczucia wolności nie czułam chyba nigdy. 

Tego wieczoru siedziałam i myślałam nad różnymi sprawami i doszłam do wniosku, że to idealna pora, aby gdzieś wyruszyć. Idealna pora, aby pierwszy raz zrobić to bez nikogo przy boku. No i nie do końca tak było... Mimo że z domu wyszłam sama, w podróży nie byłam praktycznie ani przez chwilę samotna. Już od pierwszej chwili zauważyłam najbardziej widoczne różnice między podróżowaniem samemu, a podróżowaniem z kimś. Gdy pytałam ludzi o drogę, nie odpowiadali mi tylko "idź prosto, a potem w prawo", udostępniali mi internet, żebym miała dojście do map, dzwonili do znajomych, odprowadzali mnie...słyszałam wiele razy, jak bardzo odważna jestem i jak bardzo się dziwią. Poza plusami były minusy - oczywiście takie, że nigdy nie wiesz do końca jakie są zamiary...czy chcą ci pomóc, bo odczuwają taką potrzebę i chcą tylko porozmawiać, czy biorą cię, bo jesteś dziewczyną i masz cycki... 

Stojąc pierwszy raz na drodze w Obornikach i łapiąc stopa, czułam się trochę dziwnie. Zawsze miałam to do siebie, że podróżując z kimś, zdawałam się trochę na tą drugą osobę; to ona myślała, w którą stronę iść i gdzie łapać:) Obawiałam się, że sama będę nieco zakręcona i jak to przystało na kobietę - pomylę kierunki. Wcale jednak nie byłam tak zamotana, jak przypuszczałam. Dwoma stopami pojechałam do Kiszkowa, skąd zabrał mnie kierowca jadący tirem na Włochy. Pierwszego dnia jechaliśmy niedługo - kończył się limit jazdy, nie wyjechaliśmy jeszcze z Polski, na drugi dzień miał być załadunek. I tak właśnie spędziłam pierwszą w życiu noc śpiąc w ciężarówce, zasnęłam momentalnie, zniknęły już wszelkie niepokoje i powtarzałam sobie w myślach tylko jedno : "jesteś zajebiście silna i odważna, dlaczego do tej pory tego nie dostrzegłaś?". 


Wieczory w tirze ;p 

Drugiego dnia zaraz po załadunku ruszyliśmy dalej, dojeżdżając do Austrii, później już tylko bliżej Włoch. Siedziałam, podziwiałam widoki wysokich gór i napawałam się pewnego rodzaju spokojem. Teraz dopiero byłam prawdziwie wolna, przyszło mi na myśl : "nadrabiam wszystko, czego nie zrobiłam wcześniej, a powinnam". Wyjazd był tylko początkiem, małą cegiełką do tego, aby spędzić moje życie w 100% tak jak chcę. Teraz wiem, że my - ludzie, tak naprawdę powinniśmy słuchać siebie, bo tylko my sami wiemy co jest dla nas najlepsze, tylko my sami wiemy, co może nam dać spełnienie i szczęście. 


Przystanek w Austrii 

Alpy...

Na miejscu wzięłam rower, pożyczony przez kierowcę i udałam się na zwiedzanie. Uciekłam na chwilę od polskiej pogody i smażyłam się w prawie czterdziestostopniowym upale, przejeżdżając przez rozległe pola, na których rosły różnorodne owoce. Po drodze zagadywali do mnie Włosi, machali mi z samochodów i uśmiechali się do mnie, a po 18 zapełniane były każde bary w okolicy i zaczynał się "miły gwar", gdy połowa miasteczka spotykała się na winie. Czas płynął jakoś wolno... 








Droga powrotna minęła równie szybko i bezproblemowo. Ze Staszkiem wróciłam do Austrii, skąd złapałam kierowcę jadącego do Polski. Bartek stwierdził, że na ogół nie zabiera nikogo na stopa, ale wzbudziłam jego zaufanie, miło nam się rozmawiało, okazało się, że mamy bardzo podobne poglądy i postrzeganie świata. Wymieniliśmy się numerami i wciąż mamy ze sobą kontakt. Powiedział, że nie ma szans, aby zostawił mnie w środku nocy gdzieś w Polsce, dlatego zaprosił mnie do siebie, a rano odwiózł na dworzec, skąd już pociągiem dotarłam do domu. 

Co czuję? Że rozpoczęłam coś zupełnie nowego w swoim życiu. Że zaczęłam widzieć siebie w zupełnie innym świetle i że do tej pory nie byłam gotowa na angażowanie się w cokolwiek, że kocham moją niezależność i jak najdłużej chcę być i trwać w tym co jest teraz. Korzystam z dni...i w każdym z osobna widzę wiele pozytywów, których wcześniej nie dostrzegałam, bo założyłam na oczy klapki ograniczające pole widzenia. Życie jest piękne i tego się dzisiaj trzymam. 

wtorek, 25 października 2016

Mentalność dziecka...jak być sobą z mojej perspektywy.

"Nie pragnij być lepszym od innych, najpierw bądź samym sobą"
_____________________________________________

   Dziś kończę X lat. Według społeczeństwa powinnam stać prawdopodobnie gdzieś na granicy dzieciństwa a dorosłości. Ponad połowę moich myśli zajmować powinna moja przyszłość...zupełnie tak, jakby teraźniejszość nie miała istotnego znaczenia. Najczęstszym pytaniem, jakie słyszę jest "i co teraz? jak ci poszła matura? idziesz na studia? a co chcesz w życiu robić?", a kiedy odpowiadam "tylko jedno jest pewne; będę podróżować", zazwyczaj spotykam się z niezrozumieniem i pewnego rodzaju krytyką.

   Każdy z nas posiada taki impuls, który pcha go w pewnym kierunku. Niekiedy impulsowi pomaga złudzenie...przeszłość...życie... Bo przecież "skoro zawsze dobrze się uczyłem a moja poprzeczka była wciąż podnoszona, to nie ma innej opcji, niż dobre studia" / "skoro nigdy nie udawało mi się w szkole i nie miałem do tego motywacji to chyba się do tego nie nadaję...znajdę pracę"... Nie mamy odwagi myśleć. Nie mamy odwagi zadawać sobie pytań, nie biorąc pod uwagę tego co wypada, co pomyślą inni... Nie mamy odwagi realizować swoich planów, bo ktoś kiedyś powiedział, że to nie dla nas, że jesteśmy stworzeni do czegoś innego.

   Zadajmy sobie jednak kilka podstawowych pytań... Kto stworzył granice? Dzięki komu powstały schematy? Kto wymyślił pieniądze? Kto postanowił, że w wieku kilku lat powinniśmy iść do przedszkola, później do szkoły...na studia...i do pracy? Nikt inny jak człowiek. To nie świat wymaga od nas określonego życia, to nie życie wybiera nam plany, to nie "ten cholerny XXI wiek" nakazuje nam żyć wedle pewnych reguł... To człowiek. Pozwalamy tworzyć się innym ludziom. Nie robimy tego z tego powodu, że musimy, że tak trzeba...robimy to, ponieważ się boimy. Nie chcemy wychylać się z tłumu, by uniknąć krytyki. Razem z krytyką często unikamy szczęścia. Nigdy nie pozwalamy samym sobie krzyczeć, mówimy szeptem o tym, o czym marzymy, jeśli te marzenia są inne...

   Jedyną słuszną prawdą jest to, że nie ma czegoś takiego jak "normalność". To tylko ogłupiające określenie przypisane temu, co proste. Każdy z nas jest kimś. Największym błędem ludzkości jest mówienie o ludziach, jako o ogóle... Jedni czują się bezpiecznie w pewnym określonym schemacie, we własnych czterech ścianach, z rodziną, z pracą...inni znajdują to bezpieczeństwo w przygodzie, nawet jeśli ta przygoda trwać ma całe życie... I co w tym złego? Nic. A mimo to nieodłączną częścią realizacji siebie jest krytyka otoczenia.

   Gdybym była słaba, zrezygnowałabym z marzeń, ponieważ daleko im do tego, co ustalono...ponieważ powiedziano mi kiedyś "słuchaj, masz fobię społeczną, nie dasz sobie rady"...ponieważ "kasa jest podstawą poprawnego funkcjonowania"... ponieważ moje X lat zobowiązuje do "normalniejszych" planów i zaprzestania wierzenia w magię. Ale jestem silna. Silna i zajebiście szczęśliwa. "I co, Martyna, co będziesz w życiu robiła?", "Rzucę wszystko i wyjadę, będę napawała się miłością, powietrzem, wolnością... wrócę gdy najdzie mnie na to ochota, a wtedy pomyślę co dalej". A jeśli stwierdzę, że popełniłam błąd? Trudno. Jestem tylko człowiekiem. Popełniam w życiu masę błędów. I myślę, że warto...dla realizacji siebie, dla wolności, szczęścia...

Odliczam czas do nowego życia. Nie dorastam. Moje X to tylko liczba. Mentalnie wszyscy jesteśmy dziećmi. I mamy prawo ustalać własne reguły. 

________________________________________________



środa, 28 września 2016

Ostatnie dni w Chorwacji (Jeziora Plitwickie, Primosten) i powrót do Polski...

 Najważniejsze w życiu jest to, aby zrozumieć, że wyścig po szczęście tak naprawdę nam to szczęście odbiera. Życie jest tylko jedno, a ciągły bieg skutecznie je skraca. 
__________________________________________

  Mieliśmy zaplanowane miejsca, które chcemy odwiedzić w Chorwacji, zazwyczaj nic nie planujemy... I tym razem wyszło zupełnie inaczej. Łapaliśmy na Makarską. Po krótkiej chwili pojechaliśmy kawałek za Dubrovnik i zostaliśmy wysadzeni na drodze, przy której nie było praktycznie nic. Największym minusem był brak sklepu i kończąca się woda. Upał był okropny, a w pobliżu żadnego cienia. Nawet kawałeczka. Po krótkiej chwili łapania, udaliśmy się w poszukiwaniu miejsca, w którym przesiedzimy najgorszą temperaturę. Trafiliśmy za jakieś gospodarstwo, pod mostek, gdzie było zimno i przyjemnie. Właściwie zasnęliśmy...chętnie przesiedziałabym tam do wieczora, ale Damian uparł się, żebyśmy wyszli na drogę. Łapaliśmy znowu... W końcu zatrzymał się tir, kierowca jechał do Zagrzebia, bez chwili wątpliwości stwierdziłam "jedziemy". Po drodze zastanawialiśmy się, gdzie możemy wysiąść, usilnie chcąc uniknąć pobytu w stolicy. Droga miała być dłuuuga i trwać około dziewięciu godzin. Ogarnęliśmy, że możemy pożegnać się z naszym kierowcą chwilę przed Parkiem Narodowym Jezior Plitvickich, którego za nic nie chcieliśmy przegapić. Byliśmy wyczerpani, głodni, spragnieni...nie mieliśmy już prawie nic z zapasów jedzenia i picia. Kierowca okazał się jednak wyjątkowo łaskawy... Praktycznie ze sobą nie rozmawialiśmy, on zupełnie nie znał angielskiego, my chorwackiego i porozumiewaliśmy się tylko na zasadzie "my po polsku, on po chorwacku" (język chorwacki jest dosyć podobny do naszego). Zaprosił nas na obiad w restauracji. Chyba nigdy tak bardzo nie ucieszyłam się na wiadomość o obiedzie...w takich chwilach docenia się to, czego nie doceniamy na co dzień... Po zjedzeniu mój humor zmienił się diametralnie. Kierowca, widocznie widząc że wyglądam jak zombie, kazał się położyć i spać. Przespałam więc kilka godzin, aż w końcu podróż dobiegła końca. Byliśmy niedaleko Jezior Plitvickich. Szybko też znaleźliśmy miejsca na namiot, ogarnęliśmy wodę i udało nam się wziąć prysznic w polu (podróże uczą mycia się jedną butelką wody praktycznie wszędzie. I to dokładnie:).

   Następnego dnia byliśmy na miejscu. Do Jezior dojechaliśmy z Chorwatem, mieszkającym kiedyś w Warszawie. Cieszył się, że może porozmawiać po polsku. Już sam początek parku był niemiłosiernie zatłoczony. Ludzie z najnowszymi modelami telefonów sztucznie się uśmiechali i robili sobie selfie wszędzie, opowiadając po drodze, które z nich wyląduje na instagramie czy fejsie. Chyba nigdy nie przywyknę do takich klimatów. Mam nieodparte wrażenie, że powoli stajemy się robotami. Że rządzi nami technologia, a nasze mózgi przestają samodzielnie myśleć. Szkoda że większość osób tego nie dostrzega i myśli że tylko "podąża za duchem czasu". Po prostu przestawiamy się z realnego świata w wirtualny i w takich właśnie miejscach idealnie to widać. Już nie ogarniamy rzeczywistości. Nie raz ktoś dosłownie naskoczył na kogoś innego, bo przypadkowo wszedł mu w kadr. Na jednym odcinku facet kazał swojemu dziecku podpłynąć do wodospadu, mimo że pływanie jest tam zabronione, po to by zrobić mu zdjęcie, a gdy jedna z przewodniczek pytała "czyje to dziecko?", wyparł się go. Ważne że zdjęcie było.

   Sam park zachwyca. Masa jezior z wyjątkowo czystą, błękitną wodą i różnego rodzaju wodospady napawają spokojem i optymizmem. Spędziliśmy tam cały dzień, rozkoszując się tym pięknem i próbując nie zwracać uwagi na tych najbardziej irytujących ludzi.

Park Narodowy Jezior Plitvickich założony został w roku 1949, zajmuje powierzchnię około 297 km2, w okresie letnim jest odwiedzany przez kilka tysięcy turystów dziennie! Głównym cudem parku jest 16 jezior krasowych połączonych ze sobą licznymi wodospadami. 








   Następnego dnia dotarliśmy na plażę w Primosten. Plaża ta jest typowo kamienista, ale plusem było to, że nie została cała zdominowana przez turystów – mimo drobnej niewygody, było przynajmniej gdzie usiąść. Spędziliśmy tam noc. Podszedł do nas strażnik, ale pozwolił nam zostać do rana, każąc zwinąć się o piątej. A od rana obijaliśmy się, co chwilę się kąpiąc…przesadziliśmy jednak konkretnie ze słońcem. Nie czułam, że się palę. Generalnie poczułam moje oparzenia godzinę po zejściu z plaży i wtedy też myślałam, że właśnie umieram. Nigdy nie czułam chyba takiego bólu. Nasza głupia nieuwaga spowodowała, że mieliśmy problem z wykonaniem jakiegokolwiek ruchu. Brawa dla nas!



   Nie pojechaliśmy tego dnia daleko. Noc spędziliśmy w nietypowym miejscu – na kamieniach nad stacją, budząc się ze zgrają małych towarzyszy w namiocie… Nie spaliśmy praktycznie w ogóle. Wtedy przeszło mi nawet przez myśl „chcę wracać”. I niedługo po tym zaczął się nasz powrót do Polski…żałowałam. Chciałam zostać dłużej w podróży, choć niekoniecznie w Chorwacji. W planach pojawiła mi się Mołdawia, Ukraina, powtórnie Norwegia i tak dalej… Ta podróż jednak powoli dobiegała końca. Gdzieś w myślach już byłam w innych zakątkach świata…

   Ostatnią noc spędziliśmy przy stacji w Chorwacji. Wtedy właśnie pierwszy raz złapał nas deszcz. Przeciekł nam cały namiot, ale nie miałam zamiaru nigdzie stamtąd iść. Leżeliśmy jakiś czas praktycznie w kałuży,aż przyszła burza. Wtedy bez zastanowienia schowaliśmy się do stacji. Droga, jaką przebyliśmy biegiem z namiotu spowodowała, że byliśmy cali mokrzy, nie mogąc się przebrać, bo plecaki też były przemoczone. Siedzieliśmy skuleni na jednej z ławek, czekając aż przestanie padać. Nad ranem zwinęliśmy namiot i stanęliśmy na wylotówce, na której staliśmy już cały poprzedni dzień. Złapaliśmy w końcu kierowcę busa, który obdarował nas śniadaniem (woził owoce), ale wysadził nas na środku autostrady. Jako że rok temu płaciliśmy za to mandat, udaliśmy się na inną drogę i mimo że początkowo mieliśmy wrócić od razu przez Węgry, znaleźliśmy się w Słowenii. Tam spotkaliśmy trzech autostopowiczów z Francji, którzy łapali drugi dzień na Budapeszt i w końcu zmarnowani udali się na pociąg. My bez większych nadziei stanęliśmy na wylocie…minęła minuta i…złapaliśmy busa, którego kierowca jechał prosto na Budapeszt! Zawiózł nas nawet na wylot, mimo że wydłużyło to jego drogę o jakąś godzinę! Następnego dnia rano byliśmy w Polsce…z masą własnych opinii o krajach bałkańskich…ze smutkiem, ale i z odrobiną ulgi…z nowymi odkrytymi w sobie cechami charakteru…i z wieloma przygodami zapisanymi we wspomnieniach.


   Podróżując, jestem prawdziwą sobą. Te drobne wypady motywują do spełniania największego z marzeń podróżniczych… Dziś wiem, że „NIEMOŻLIWE NIE ISTNIEJE”, że można „PRZESUNĄĆ HORYZONT”.

poniedziałek, 5 września 2016

Początek w Chorwacji; dzień pierwszy (Dubrovnik)

 "Podstawą szczęścia jest wolność, a podstawą wolności - odwaga"...
___________________________________________________

  Nad ranem ze zgorszeniem wywlokliśmy się z leżaków. Oczy miałam na wpół otwarte i chyba dawno nie wyglądałam aż tak okropnie; moja twarz przypominała bardziej twarz osoby będącej tydzień w buszu,nie dwa tygodnie na Bałkanach. Orzeźwił mnie jednak zimny prysznic, za który na plaży w Ulcinj nie trzeba było płacić - pierwsze piętnaście minut przygotowywałam się do wejścia pod lodowatą wodę, ostatecznie jednak dałam radę, a prysznic był tym, czego potrzebowałam po dwóch dobach bez możliwości umycia się... Dzień rozpoczęliśmy najlepiej, jak mogliśmy to zrobić - obfitym śniadaniem (tylko obfitym, pożywne nie było w żadnym stopniu - zjedliśmy zupki chińskie, zagryzając chlebem z pasztetem wegańskim, który trzeba było dokończyć, bo robił się po prostu czerstwy). Największy minus krajów Bałkańskich - brak bułek. Musieliśmy zadowalać się chlebem od początku pobytu w Macedonii, co wydawało mi się bardzo niepraktyczne.

   Tego dnia chcieliśmy prawdopodobnie dostać się do Kotoru; sama już nie pamiętam. Wiem, że przed południem wylądowaliśmy w Budvie, nie mając najmniejszej ochoty ruszać dalej. Po krótkim czasie znaleźliśmy plażę. Postanowiliśmy zostać tam do jutra, chociaż wydawało się to średnio dobrym pomysłem - plaża była cała zawalona ludźmi, do tego wyjątkowo mała, nie wspomnę o kamieniach, które gdzieniegdzie były ogromne.  Zaczęło się ściemniać, więc zostawiłam Damiana i wybrałam się na poszukiwania lepszego miejsca - miałam cichą nadzieję na takie, w którym będziemy mogli rozbić namiot. Wróciłam jednak po jakimś czasie ze słowami "nic z tego". Wszędzie ludzie, sklepy itd... Niechętnie udaliśmy się więc na przystanek, z którego łapaliśmy na Kotor. Po krótkim czasie zatrzymał się młody facet z łamanym angielskim, któremu wytłumaczyliśmy żeby wysadził nas przed miastem, bo chcemy się rozbić na dziko. Tak też zrobił...okolica jednak średnio nam sprzyjała, wszystko należało do czegoś... Fragment zieleni znajdował się wyjątkowo blisko stacji (nie pozwolono nam się rozbić), drugi fragment zieleni był niemalże przy wejściu do marketu budowlanego (nie pozwolono nam się rozbić), do tego było ciemno i mało co było widać. Zboczyliśmy jednak nieco z drogi i trafiliśmy na podwórko, na którym stała akurat starsza pani. Nie znała angielskiego, więc po drobnych nieporozumieniach, Damianowi udało się wytłumaczyć, że chcemy rozbić namiot i zapytać czy jest taka możliwość. Starsza pani od razu zaczęła się uśmiechać i wskazała nam miejsce. Później zawołała syna, który znał angielski; upewniał się, czy przypadkiem czegoś nam nie potrzeba. Po raz kolejny mieliśmy styczność z ludzką gościnnością...

Plaża w Budvie

Perspektywa "z namiotu" - drugi nocleg w Czarnogórze

   Następnego dnia zabrała nas do Chorwacji Rosjanka, która była pierwszą kobietą-kierowcą podczas tej podróży. Pierwszym naszym przystankiem był Dubrovnik; miasto zdecydowanie mnie urzekło wizualnie, choć jednocześnie było niemiłosiernie zatłoczone. Kręte uliczki i mnóstwo schodów dodawały mu tajemniczości i pewnego rodzaju magii. Nie lubię miast, jednak to było nadzwyczaj przyjemne. Tam też pierwszy raz spróbowaliśmy sławnych bałkańskich "burków", udało nam się dostać te nadziewane ziemniakami, które zdecydowanie polecam!

Burek - rodzaj nadziewanego placka popularnego w krajach śródziemnomorskich i arabskich. Nazwa pochodzi od tureckiego czasownika "bur" - oznaczającego "zawijać, zakręcać". 

   Mimo że miasto było ładne, wewnętrznie czułam że czegoś mi brakuje. Ciężko mi było odnaleźć się wśród przepychających się tłumów, robiących selfie w każdym możliwym miejscu, sztucznie się uśmiechając i podziwiając wszystko prawie wyłącznie przez pryzmat ekranu telefonu.

   Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie znajdziemy tu logicznego miejsca na namiot,ale po ostatniej nocy na podwórku w Czarnogórze byliśmy dosyć wypoczęci i nie potrzebowaliśmy jakoś szczególnie dobrej miejscówki. Wylądowaliśmy więc w parku - rozłożyliśmy się w pobliżu huśtawek dla dzieci i w otoczeniu irytujących komarów. Nastrój tego wieczoru jednak nam sprzyjał i nie mieliśmy ochoty narzekać; obróciliśmy to raczej w żart. Oprócz malowniczych poranków na łonie natury, bywają również takie... Mieliśmy spać na zmianę, aby jedna osoba mogła czuwać. Oczywiście poszłam spać pierwsza, a planowa zmiana miała być po dwóch godzinach, jednak zasnęłam snem twardym, nie słyszałam nawet ogromnego psa, który podobno obszczekał nas w nocy. Obudzona przez Damiana, stwierdziłam zaspanym głosem "jasne, będę czuwać, idź spać", po czym z powrotem zasnęłam. Obyło się jednak bez żadnych niebezpiecznych sytuacji...ani bez policji, która co jakiś czas krążyła gdzieś w pobliżu.

...monotonia podczas łapania...i karton zakrywający mi twarz ;p

Droga do Chorwacji - kawałek przepłynięty promem 

Uroki Dubrovnika - tysiące schodów i wąskie uliczki...

...i moje ulubione, gigantyczne roślinki:)

Uliczny zarobek...wzbogacanie się na pięknie kolorowych papug... 

CDN.