wtorek, 9 sierpnia 2016

Albania - kraj kontrastów... (CZ. I)

"Lepiej zobaczyć coś raz, niż słyszeć o tym tysiące razy"
____________________________________________
   Są na świecie miejsca, które w krótkim czasie potrafią wywołać burzę emocji; wyjątkowo sprzecznych i na tyle pogmatwanych, że nawet nie da się ich dokładnie zdefiniować... Jeszcze dwa lata temu nie przypuszczałam, że podróże staną się moim życiem...że nie będę potrafiła usiedzieć w domu i w tak silny sposób będzie mnie ciągnęło do bycia w drodze; do upragnionej wolności... No właśnie...nie tylko wolności. Przede mną dzika Azja i  Afryka, a ja rozklejam się już w Europie... W takich chwilach mogę sobie powiedzieć tylko jedno... I nie jest to zdanie, które pozornie najlepiej pasowałoby do tej sytuacji, nie są to słowa : "daj sobie spokój, nie wytrzymasz tego, bo zjada cię wrażliwość", mówię sobie : "przecież umiesz wytrzymać więcej niż ci się wydaje, tak jest zawsze". Nie powinnam tego robić, ale robię...i jest mi z tym lepiej.

   Przed wyjazdem do Albanii słuchałam wiele opinii na ten temat. Ponoć jest to kraj, który można albo pokochać, albo znienawidzić. Ja mam zupełnie inne zdanie - do dziś nie mam opinii o Albanii, którą mogłabym "ot tak" komukolwiek przedstawić. Nie kocham jej, nie nienawidzę...nie mogę wypowiadać się o niej ani w pozytywach, ani w negatywach. Wyjeżdżając w tą podróż, moim głownym celem i marzeniem była właśnie "Ona" - teraz w zasadzie nie mam najmniejszej ochoty, by do niej wrócić.

   Granicę Macedonii z Albanią przekroczyliśmy z dwoma mężczyznami, jadącymi do Durres. Początkowo łapaliśmy na Tiranę, ale przystanek nad morzem w sumie nam sprzyjał - "może nawet uda się nam spędzić na plaży noc...byłoby fajnie"... Po drodze zatrzymaliśmy się na jednym ze straganów, pierwsze co rzuciło mi się w oczy to mały chłopiec, może dziewięcioletni, sprzedający owoce, paląc przy tym papierosa (jak się później okazało - nie są to pojedyńcze przypadki - u nas próbują papierosów w wieku może 11 lat, zaciągając się nieumiejętnie i chowając się przy tym gdzie tylko można - tam palą młodsi, z ogromną wprawą i na widoku). Pierwszy raz przez całą, dosyć długą drogę jechałam, nie mogąc nawet na chwilę oderwać oczu od mijanego widoku. Mimo że zawsze czuję ten dreszczyk, wjeżdżając do nowego kraju - teraz czułam go jakby ze zdwojoną siłą. To jest uczucie, którego nie da się opisać! 

Kilkanaście kilometrów za granicą



   Plaża jednak mocno nas rozczarowała - ciężko było się przez nią przecisnąć. Leżak przy leżaku. Nie wiedzieliśmy, czy ktoś miałby coś przeciwko, gdybyśmy się na nim położyli, więc po długiej drodze w poszukiwaniu kawałka wolnego miejsca, usiedliśmy na piasku. Zagadało  do nas kilku Albańczyków, pytając skąd jesteśmy i krzycząc przyjazne "Welcome to Albania!". Jednak dosłownie minutę po znalezieniu miejsca, usłyszeliśmy również dosyć agresywnie wypowiedziane "money, money!". "Damian, oni żebrają, próbują od nas wyłudzić kasę, czy chodzi o to, że to prywatna plaża?" - miałam wątpliwości, jednak po krótkim czasie i wywnioskowaniu, że się nie odczepią, poszliśmy kawałek dalej. Plaża nie była prywatna. A woda była najwspanialszą wodą, w jakiej kiedokolwiek się kąpałam...płytko, ciepło, brak fal - idealnie dla mnie. Oprócz masy ludzi towarzyszył nam pies...kulał, a łapę miał nieprofesjonalnie owiniętą jakimś skrawkiem bandaża. Nikomu nie wadził, nie robił nic, co mogłoby komukolwiek przeszkadzać...został jednak potraktowany deską. Przez sprzedawcę sklepu plażowego... Pies z piskiem podreptał dalej, a on ponownie zachęcał do zakupów. W tym momencie Albania pokazała mi się od najgorszej ze stron, z jakiej mogłam ją zobaczyć - zdawałam sobie jednak sprawę, że stosunek Albańczyków do zwierząt, jak i do innych ludzi bywa różny...bardzo różny. Wiedziałam, więc nie histeryzowałam. 



   Zbliżała się noc. Postanowiliśmy po prostu położyć się na leżakach i spróbować tu zasnąć. Podszedł do nas starszy facet, który nie znał angielskiego, próbował jednak przekazać nam to, co ma do przekazania. Zrozumieliśmy, że zna właściciela leżaków i powtarzał do nas co chwilę "no problem, no problem!". No więc okej...mamy zapewnioną noc... Po pewnym czasie przyprowadził właściciela, który okazał nam dużą gościnność, zapraszając nas do swojego baru. Powiedział, że musimy się zwinąć przed 6, ale poza tym nie ma żadnego problemu, żebyśmy sobie tu spali. Starszy Albańczyk kazał nam wstać i zaprowadził nas do innych leżaków, które, jego zdaniem, były wygodniejsze. Złączył je ze sobą, bo, jak stwierdził, powinniśmy spać bliżej siebie. Facet miał w sobie coś takiego, że uśmiech sam pojawiał się na twarzy... Spytał nas kilka razy, czy aby na pewno rozumiemy, że możemy tu spać, a aby się upewnić, postanowił pytać ludzi na plaży, czy mówią po angielsku i kazać im z nami pogadać. Ostatecznie zadzwonił nawet do syna, budząc go i dając nam do telefonu. Zapewnił też, że mamy się nie bać, bo on będzie chodził tutaj w nocy i sprawdzał, czy wszystko w porządku. Tak zakończyliśmy pierwszy dzień w Albanii...mimo kilku przykrych sytuacji - z uśmiechem na twarzy i z pozytywnymi wrażeniami. To było słońce przed "burzą"...czyli przed najbardziej męczącym dniem podróży...

CDN.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Macedonia

"Widzę swoją ścieżkę, ale nie wiem dokąd prowadzi... Ta niewiedza inspiruje mnie do podróży"...
_____________________________
   Następny poranek rozpoczęliśmy poszukiwaniem odpowiedniego miejsca do łapania na Macedonię. Były to poszukiwania długie i mozolne... Początkowo przeszliśmy prawie całą Sofię, aby znaleźć odpowiedni środek transportu, który zawiezie nas na drogę wylotową. Później wysiedliśmy nieco dalej, niż powinniśmy... Zrezygnowani usiedliśmy więc w pobliskim cieniu, a ja wywnioskowałam, że jakby się dobrze rozejrzeć to są tu ciekawe miejsca na namiot (było już prawie południe, nie za bardzo wiedzieliśmy gdzie się udać, a mi nie chciało się już chodzić ze względu na to cholerne gorąco). Po pewnym czasie zdecydowaliśmy się jednak wsiąść do autobusu i pojechaliśmy nim dwa przystanki. Byliśmy "w domu"...

   Staliśmy długi czas z kartonem z napisem "Skopje", śpiewając, tańcząc i robiąc wszystko, by jakoś zabić czas. Doszłam do przygniatającego wniosku, że w moich autostopowych podróżach najgorsze jest...właśnie łapanie stopa. Paradoks. Uwielbiam poznawać ludzi, miejsca nieopisane w żadnych przewodnikach...uwielbiam nie mieć konkretnych planów na podróże, spać tam, gdzie najładniejszy widok, by budzić się z motywacją na kolejny dzień...uwielbiam robić pieszo wiele kilometrów z moim plecakiem...uwielbiam odczuwać to ogromne zmęczenie i doznawać ludzkiej życzliwości... Łapać stopa jednak nie lubię, bo szybko mi się nudzi. Z początku jest to podniecenie : "wow, za chwilę poznam zupełnie inne miejsce, znowu będę mijała kilometry i odczuwała ten niesamowicie przyjemny dreszcz"...później entuzjazm spada i czasami w końcu przychodzi myśl "zostańmy tutaj i rozbijmy namiot"... Nieopisana jest jednak radość w chwili złapania samochodu jadącego tam, gdzie się chce... Tego dnia nie od razu się udało. Kilkoma samochodami dojechaliśmy na granicę z Macedonią, zajęło nam to kilka godzin. Później jednak zatrzymał się kierowca, jadący do Skopje, o czym dowiedzieliśmy się dopiero chwilę po przekroczeniu granicy, wcześniej mieliśmy pewność, że znowu jedziemy tylko kilka kilometrów.

Kilka kilometrów przed granicą

   Pierwsze wrażenie, jakiego doznałam, było...dziwne. Czułam się, jakbym była w nieco innym świecie, mimo że wciąż była to Europa a wygląd i ubiór nie różnił się jakoś szczególnie od naszego (nie licząc wyznawców Islamu, których w Macedonii jest około 30 %), to jednak było jakoś inaczej. Ale spodobała mi się ta inność... Zrobiliśmy sobie krótki przystanek w centrum handlowym (początkowo miała to być tylko przerwa na kupno wody, ale przedłużyła się nieco). Zaczęło się robić szaro, więc ruszyliśmy na autobus, aby dojechać na obrzeża miasta. Po drodze przyczepiło się do nas kilka psów, których było tutaj zdecydowanie więcej niż w Bukareszcie (choć właśnie tam nastawiona byłam na większą bezdomność - być może są to skutki masowego zabijania rumuńskich psów)... Jeden z nich stwierdził, że zostanie naszym towarzyszem na dłużej, został więc nakarmiony i wiernie poczekał, aż przyjedzie nasz autobus... Chcieliśmy rozbić się całkiem na dziko, ale po drodze na potencjalnie dzikie miejsce, zobaczyliśmy kościół... Więc czemu by nie zapytać, czy możemy skorzystać z podwórka? Grzecznie czekaliśmy na kogoś, kto zamieszkuje budkę przy kościele, lecz nikt się nie pojawił. Chyba nie było podstaw, by mieli obrazić się na jeden namiot stojący na podwórku...około 23 przestaliśmy więc czekać, rozbiliśmy się i poszliśmy spać. 


   Następnego dnia dosyć wcześnie dojechaliśmy do Ohrid. Od razu po wyjściu z samochodu zostaliśmy "napadnięci" propozycją wynajęcia pokoju. Jako że mężczyzna nie chciał dużo pieniędzy - zgodziliśmy się. Początkowo miała to być tylko jedna noc, aby na spokojnie zwiedzić Ohrid, nie nosząc ze sobą plecaków... Jednak wieczorem odkryliśmy że jeden dzień to za mało i że miasto to ma w sobie pewną moc przyciągania - wjeżdżając do niego, ciężko jest wyjechać... Przedłużyliśmy więc nasz pobyt o jedną dobę, tracąc tym sposobem sporą część pieniędzy i posiadając świadomość, że dalsza podróż będzie musiała obejść się bez ani jednego płatnego noclegu. Jednak wspomnienia z Ohrid i to, co zobaczyliśmy było tego warte... Są miejsca, które zapamiętuje się na zawsze... To miejsce właśnie do takich należało... 

Droga do Ohrid - piękne góry Macedonii

Widoki z wieży widokowej 



   Ohrid był dla mnie przełomową chwilą podróży. Wyjeżdżając z niego, porzuciłam bowiem moją "swobodę", moje poczucie wygody psychicznej i bezpieczeństwa. Do tej pory czułam się...po prostu sobą. Czułam, że jestem w miejscach, w których powinnam być. Że nie posiadam aktualnie żadnych zmartwień, a całe moje myśli zajmują dwa wyjątkowe hasła, obejmujące to, co w życiu najważniejsze : WOLNOŚĆ I SZCZĘŚCIE. Ogarniało mnie poczucie spełnienia - robiłam to, co kocham najbardziej. Wraz z pokonywaniem kolejnych kilometrów miało być jednak nieco inaczej... 

CDN.

wtorek, 26 lipca 2016

Bułgaria

"Jeśli chcesz podróżować daleko - podróżuj lekko. Zdejmij całą zawiść, zazdrość, brak przebaczenia, egoizm i strach"...
___________________________________________

   Doczekaliśmy się piątego dnia podróży, w którym opuszczać mieliśmy naszą ukochaną Rumunię i ruszać dalej. Ilie poświęcił swój czas, żeby zaprowadzić nas na samą wylotówkę w stronę Sofii, gdzie dojechaliśmy w połowie metrem, kawałek tramwajem i sporo drogi przeszliśmy pieszo. Upewnił się jeszcze, czy jest to dobra droga, czy możemy w tym miejscu łapać i pożegnał się z nami.

   Pogoda była okropna - właśnie taka, jakiej najbardziej nie lubię. Słońce sprawiało, że jedyne na co miałam ochotę, to znalezienie się w jakimkolwiek cieniu i możliwość pójścia spać, albo zatrzymanie kierowcy w samochodzie z klimą, najlepiej jadącego prosto do Sofii (dobra, wystarczyłby mi samochód bez klimy, z otwartym oknem i jadący chociaż kawałek; na miejsce z odrobiną cienia). Tak sobie staliśmy i umieraliśmy z gorąca w zasadzie niedługo...zatrzymał się bowiem kierowca w moim wymarzonym samochodzie...miał klimę i jechał do Sofii. Ilość szczęścia, spotykana przez nas podczas tej podróży była chyba niezliczona... W drodze doszliśmy do wniosku, że coś sobie wynajmiemy, żeby wyprać rzeczy i nie szukać nocą miejsca na namiot. Mieliśmy w planach przejechać Bułgarię dosyć szybko i zatrzymać się na trochę dłużej w Macedonii. Nasz kierowca użyczył nam laptopa, abyśmy mogli coś wybrać. Oczywiście zarezerwowaliśmy najtańszy pokój i jechaliśmy dalej, mając nadzieję, że nie będziemy się musieli dnia dzisiejszego już niczym martwić. Jednak po zajechaniu na miejsce właścicielka hostelu stwierdziła, że żadnej rezerwacji nie ma. Tak więc pierwsza myśl, jaka wpadła mi do głowy - "trudno, namiot też jest spoko, do tego trochę zaoszczędzimy". Jednak innego zdania był nasz kierowca : "wsiadać, jedziemy". Tak oto znaleźliśmy się w 4-gwiazdkowym hotelu w centrum Sofii...całkowicie za darmo..."nie martwcie się pieniędzmi, ja mam dużo" - stwierdził i mimo naszej odmowy, po prostu dał nam klucz do pokoju. Trochę nie wierzyłam...zaznawałam chyba zbyt dużo dobroci ludzkiej.

Filmik z drogi do Sofii

  Najtrudniejsze w moich podróżach jest to, że czasami po prostu nie wiem, jak mam dziękować. Ludzie poświęcają naprawdę wiele, żeby nam pomóc. Każdemu z osobna jestem ogromnie wdzięczna i zawsze staram się robić coś w zamian dla świata...bo skoro świat mnie gości, daje mi tyle możliwości - to cicho liczy na coś w zamian. Świat, zwierzęta, ludzie...zawsze się odwdzięczają...choć nie zawsze dosłownie i nie zawsze zauważalnie. Czasami trzeba spojrzeć nieco inaczej. Jeśli miałabym zrobić listę rzeczy, cech charakteru, sposobów postrzegania życia i świata, które zmieniły się we mnie przez podróże - na pierwszym miejscu postawiłabym spostrzeżenia na temat tej istoty, która jest na górze i która ukazuje się nam pod postacią ludzi, zwierząt, roślin... Przed podróżami skupiałam się tylko na tej pesymistycznej stronie świata - widziałam zło, bo wciąż pomagałam...widziałam okrucieństwo, które sprawiało, że muszę pomagać... Całe swoje życie spędziłam ze zwierzętami, które cierpiały przez nas - ludzi i którym inna grupa ludzi musiała pomagać. Jestem z siebie dumna, bo dałam drugą szansę niejednemu stworzeniu, ale jednocześnie zachorowała moja dusza...widziałam zło dosłownie wszędzie, człowiek był dla mnie najpodlejszą istotą i przestałam już odróżniać tych dobrych od złych - byli idiotami i tyle. A Boga nie było, bo jakby był, to przecież by coś zrobił... Teraz widzę to nieco inaczej. Czuję, że ktoś przy mnie jest i zawsze był - ktoś, kto daje mi siłę. Podróże zajęły się moją chorą duszą i pokazały mi świat z tej innej perspektywy, której wcześniej nie dostrzegałam. Bóg ujawnia się nam co chwilę, pod różną postacią. Czasem pomaga, a czasem oczekuje tej pomocy od nas. Bo tak naprawdę wcale nie jest wszechmogący...


   Wieczór spędziliśmy na zwiedzaniu Sofii. Stolica Bułgarii jest dosyć spokojna i cicha, nie każdemu przypadnie do gustu, ale mi się podobała dużo bardziej od wielu zatłoczonych i obleganych przez turystów dużych miast. Sofia jest także ciekawie położona - u stóp masywu Witosza, więc góry miały okazję korcić mnie wyjątkowo mocno, jednak przez doświadczenia stwierdziłam, że lepiej wrócić do nich w podróży, która jest nieco lepiej i dokładniej zaplanowana. 



    Dzień zleciał nam szybko i niepostrzeżenie. Nie mieliśmy okazji poznać Bułgarii, poczułam że tylko weszliśmy na jej obszar jedną nogą - być może kiedyś wrócimy i zagłębimy się w nią bardziej. Wspomnienia z niej, mimo że nie było ich wiele - na pewno będą dla mnie pozytywnymi wspomnieniami...

Bułgarskie krajobrazy 

CDN:)

czwartek, 21 lipca 2016

Rumunia - o pięknie, gościnności i niepowtarzalnym klimacie kraju

"Nie podążaj tam, gdzie wiedzie ścieżka... Zamiast tego pójdź tam, gdzie jej nie ma i wytycz szlak"...
_________________________________________
   Podróż po Bałkanach była pełna pięknych momentów, wyjątkowych ludzi, cudownych krajobrazów i wielu, niemałych rozczarowań. Zmieniły się moje pojęcia o niektórych krajach – a właściwie dopiero się one wyszlifowały. Odkryłam siebie. Miałam do tego sporo czasu spędzonego w strasznym upale i zmęczeniu. Nie żałuję niczego, ale wiem, że moje miejsce jest zupełnie gdzie indziej…moje miejsce jest z dala od turystów, z dala od obleganych kierunków. Mimo bardzo gościnnych ludzi, którym za wszystko dziękuję, mimo pięknych widoków i wspaniałych przygód – nie było najważniejszego. Nie było tego, czego oczekuję od podróży… Wszystko to znalazłam jednak w Rumuni – w miejscu, do którego pragnęłam wrócić już chwilę po wyjechaniu z niego…

   Wystartowaliśmy z Krakowa, pewnego wtorkowego poranka. Staliśmy na wylotówce na Zakopane wyjątkowo wcześnie. Szybko też udało nam się złapać okazję. Kierowca zawiózł nas do centrum, skąd autobusem (złapanym na stopa) dojechaliśmy na Łysą Polanę. Padał deszcz. Doskonale pamiętam tę chwilę, tę pogodę i uczucia, które mi towarzyszyły. Byłam najzwyczajniej w świecie szczęśliwa. Zajebiście szczęśliwa. Miałam wrażenie, że nikt nie jest w tym momencie szczęśliwszy ode mnie… Przygotowaliśmy karton z napisem „Kosice”, dokąd planowaliśmy początkowo się dostać (mieliśmy cichą nadzieję dotrzeć tego dnia na Węgry, ale nie zamierzaliśmy za wszelką cenę gnać do przodu i przystanek na Słowacji jakoś szczególnie by nam nie przeszkadzał). Łapaliśmy około godziny. Nie przepadam za tą wylotówką, ruch jest znikomy i raczej długo czeka się na okazję. My mieliśmy jednak wyjątkowe szczęście… „Do Kosic jedziecie?” , „właściwie to do Rumuni” , „ja też”. Tym sposobem jednym samochodem dotarliśmy do najwspanialszego kraju, w jakim byliśmy. Jechaliśmy osiem godzin, nastąpiła mała zmiana planów i pojechaliśmy do Kluż-Napoki, gdzie nasz kierowca zaproponował nam nocleg. Po zjedzeniu zupek chińskich poszliśmy do baru na piwo, a po powrocie poczęstowano nas rumuńską „TSUJKĄ”. Jako że wprawiona w smakowaniu wódki nie jestem – myślałam, że się spalę od środka. Dosłownie. Już od samego powąchania piekło mnie gardło, potem tylko zastanawiałam się, czy aby na pewno to przeżyję.

Tsujka to rumuński trunek, dostępny w domach wielu gospodarzy. W oficjalnych wydaniach produkowana jest tylko ze śliwek, ale spotkać można również te powstałe za pomocą innych owoców. 

Kluż Napoka (rum. Cluj-Napoca) - drugie co do wielkości (pod względem liczby ludności) miasto Rumunii


   Następnego dnia wstaliśmy wcześnie i ruszyliśmy na wylotówkę  w stronę Turdy. Przeszliśmy pieszo sporo kilometrów, w nowym miejscu znaleźliśmy się koło południa. Mieliśmy co prawda zamiar pojechać dalej, ale zostaliśmy. Urzekło nas piękne otoczenie miasta. Rumuńskie góry mają coś w sobie. Jakąś dzikość…piękno nieskalane ręką człowieka… Z pozoru krajobrazy przypominają te polskie – ale w tym pierwotnym stanie. Nie są na siłę ulepszane; zmieniane na potrzeby turystów. Nawet rumuńskie drogi – pełne dziur i nierówności, wchodzą w skład elementów tworzących niepowtarzalny klimat tego kraju… 
   Leżałam na trawie i czekałam na Damiana, który poszedł do sklepu. Zagadał do mnie starszy pan, tak po prostu, bez powodu. Mówił po rumuńsku, z wątpliwością zapytałam go o angielski (wątpliwość miałam większą co do własnej osoby i blokady, którą dopiero jakiś czas temu postanowiłam przełamywać). Okazało się, że potrafi co nieco (czyli mniej więcej tyle co ja – przez co poczułam się pewniej). Zaprosił mnie do siebie. Mówiąc mu, że czekam na chłopaka, podał numer domu i kazał nam przyjść. Ubraliśmy już plecaki i mieliśmy ruszać w góry, nie chcieliśmy nadużywać czyjejś gościnności i głupio nam było tak po prostu do kogoś iść. Jednak starszy pan pojawił się znowu i ponowił zaproszenie. Pokazał nam pokój, w którym mieliśmy spać i dodał „no Money – no problem”. Tak więc po raz kolejny doświadczyliśmy ludzkiej gościnności. A ugościł nas w wyjątkowy sposób…tsujką. A raczej ugościł Damiana, bo ja skutecznie się przed nią wzbroniłam, tłumacząc że to zdecydowanie dla mnie za mocne. Gospodarz na szczęście nie nalegał…czego chyba nie może powiedzieć Damian, który tsujkę miał nalewaną szklankami. 

Łagodne góry Turdy


   Następnego dnia przetransportowaliśmy się do Sybinu, gdzie w końcu mieliśmy okazję do spania w namiocie, za czym tęskniłam przez cały rok. Na obrzeżach pasterze zajmowali się swoim stadem krów i owiec, które właśnie zaganiali do domów. My w tym czasie zrobiliśmy sobie zupki chińskie na butli gazowej i odczekaliśmy, aż trochę się ściemni. Widoki zdecydowanie mnie urzekły – tradycyjne pasterstwo, które wciąż funkcjonuje w Rumuni, ma wiele pozytywnych stron. Będąc w tym kraju, ciężko nie zauważyć krów, przechodzących swobodnie przez ulicę i owiec pasących się na ogromnych obszarach. 




   Ostatni dzień spędziliśmy w Bukareszcie – choć początkowo plany były zupełnie inne. Mimo że nie lubię stolic i żadnych dużych miast – nie żałuję. Tam właśnie poznaliśmy Ilie i jego żonę. Ilie podszedł do nas, bo zauważył karton z napisem miasta, a sam sporo stopował. Nie znał angielskiego i mówił do nas po rumuńsku. Odkryłam wtedy, że nie ma czegoś takiego, jak ograniczenie językowe. Jeśli ma się z kimś dobrze dogadać – to sposób mówienia nie ma żadnego znaczenia. Po prostu się rozumieliśmy…mówiąc innymi językami. Ilie na szybko oprowadził nas po Bukareszcie i, wcześniej dzwoniąc do żony, zaprosił nas do domu, gdzie spędziliśmy noc. Nasi gospodarze okazali się zapalonymi miłośnikami gór, wieczorem oglądaliśmy zdjęcia rumuńskich fogaraszy – czyli mojego ogromnego marzenia, które niedługo zamierzam zrealizować. Ugościli nas w wyjątkowy sposób i sami okazali się wyjątkowymi ludźmi, których na pewno zapamiętamy na zawsze i z którymi, mam nadzieję, jeszcze się zobaczymy. 

Bukareszt 

Nasi gospodarze z Bukaresztu:)

   Piątego dnia pojechaliśmy w dalszą podróż, jednak to w Rumuni zostawiłam swoje serce. To do Rumuni chciałam wracać już chwilę po wyjechaniu z niej. W marzeniach miałam jednak jeszcze Albanię…Albanię, która nieco mnie rozczarowała…

CDN:)

niedziela, 13 marca 2016

Tania Norwegia cz. III (skocznia, Levanger i...zorza polarna!)

"Po co podróżuję? Coraz częściej sama podróż jest wystarczającą odpowiedzią"...
_______________________________________________
  Poniedziałkowy wieczór spędziłyśmy polując na zorzę. Nie miałyśmy zamiaru powtórnie wchodzić na górę, choć widok z niej byłby zapewne efektowny. Poszłyśmy nad fiord, nie miałam tego dnia cierpliwości i myślałam o tym, żeby już wrócić i iść spać. Po jakimś czasie, zrezygnowane powoli zmierzałyśmy w stronę domu, co chwilę patrząc z nadzieją w niebo. I wtedy właśnie pojawiła się biało-zielona łuna... Biegiem ruszyłyśmy z powrotem nad fiord. Zaczęło się przedstawienie. Wcześniej oczami wyobraźni widziałam ten moment - ja w Norwegii, stojąca w śniegu i podziwiająca to piękne zjawisko, często opisywane w ukochanych przeze mnie sagach. Takie magiczne wyobrażenie... W rzeczywistości czułam się trochę inaczej, niż w moich marzeniach. Było piękniej, choć jednocześnie ta "realna zorza" była dużo słabsza, niż ta widziana oczami mojej wyobraźni. Chwila była ulotna...chyba najbardziej ulotna w moim życiu. Widziałam coś, na co chciałam patrzeć przez długi czas, a co znikało... Pojawiało się na krótki moment, by za chwilę rozpłynąć się w powietrzu. Czyż nie właśnie takie jest życie? Czyż piękne chwile nie trwają równie krótko? I równie szybo nie rozpływają się w powietrzu? Lecz czym było zwykłe, szare niebo w porównaniu do nieba zdobionego tańczącą, kolorową łuną? I czym są smutki w porównaniu z pięknymi chwilami? To właśnie je powinniśmy celebrować, to właśnie z nich powinniśmy czerpać radość. Czasami myślimy zbyt dużo, nie mając czasu, by przystanąć i...po prostu się cieszyć. Tak oto  spełniłam jedno z moich marzeń. Wiedząc jednocześnie, że spełnię każde inne. Z pieniędzmi lub bez nich...

Zorza polarna była tak ulotna, że nie udało się jej uchwycić... Natrafiłyśmy jednak również na zjawisko, nazwane "halo", czyli prosto mówiąc - "tęczę" otaczającą księżyc

Prawdziwa zima; prawdziwe sople lodu 

   Będąc w Trondheim nie ominęłyśmy wyprawy na skocznię narciarską. W jedną stronę miałyśmy osiem kilometrów, nie żałuję jednak, że poszłyśmy pieszo. Widoki po drodze były naprawdę piękne. Czułam w końcu, że przeżywam prawdziwą zimę - w nocy spadło jeszcze więcej śniegu, świat wyglądał wyjątkowo. Rozczulał widok ciepło ubranych dzieciaków z przedszkoli, którzy jeździli na nartach i biegali, zapadając się w śniegu. Wybierając się na skocznię, nie wiedziałyśmy nawet, że można na nią wejść, jednak nie ma żadnych ograniczeń. Oczywiście weszłyśmy na samą górę, ze zdziwieniem patrząc na miejsce, z którego startują, bo..."jak to w ogóle możliwe, że się tam nie zabijają?!"... Postanowiłyśmy wrócić na stopa. Stanęłyśmy przy Remie 1000 (mieli akurat degustację owoców, które, swoją drogą, były bardzo dobre:P) przed przystankiem autobusowym. Przez chwilę próbowałyśmy coś złapać, jednak po paru minutach podjechał autobus miejski... W Norwegii w takich autobusach wchodzi się przednimi drzwiami, pokazując kierowcy bilet. Da się jednak ominąć tę regułę, wchodząc tylnymi drzwiami, podczas gdy ludzie akurat wychodzą. Tak też zrobiłyśmy, nie mając kasy na bilet. W sumie przypuszczam, że kierowca po prostu się nad nami zlitował i nie miał nic przeciwko pasażerów na gapę:P

...po drodze na skocznię...

...







   Jako że z różnych przyczyn coraz gorzej i coraz bardziej niezręcznie czułyśmy się w towarzystwie Jamesa, ostatnie dwie noce spędziłyśmy w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od Trondheim, Levanger, u mieszkającej na farmie Othelie. Norweskie wioski różnią się bardzo od tych polskich, jako miłośniczkę zwierząt uderzył we mnie przede wszystkim fakt, że przez tydzień nie minęłam w sumie żadnego bezdomnego zwierzęcia, ani nie zauważyłam żadnego psa na łańcuchu... Widoki były cudowne - czerwone budynki gospodarcze, konie, śnieg, woda...sceneria niczym z Norweskich sag. 

Levanger




  Jak bardzo "tania" okazała się być Norwegia? 

Wydaje mi się, że bardzo... Przez tydzień czasu straciłam 30 złotych, doliczając do tego bilety lotnicze - 110. Da się? Da...jak wszystko:P

czwartek, 3 marca 2016

Tania Norwegia cz. II (uroki Trondheim, próba upolowania zorzy i co nieco o freeganiźmie...)

"Szkoda spać, kiedy świat taki piękny; Rzeka, góry, polana i las. Pakuj plecak i rusz na wędrówkę"...
________________________________________
   Niedzielę zaczęłyśmy od zwiedzania Trondheim. Rano przebrnęłyśmy przez jego „zabytkową część”, nieco później trafiłyśmy nad brzeg Trondheimsfjorden - zatokę morza Norweskiego. Widok wody otoczonej górami zdecydowanie mnie urzekł, był uosobieniem moich wyobrażeń o tym kraju (wiedziałam wtedy, że widząc tę namiastkę, ten wielki fiord, nieco już za bardzo ucywilizowany według moich norm, wrócę tu na pewno, gdy będzie cieplej, by napawać się miejscami bardziej dzikimi). Co ciekawe – na wodzie, na wysepce znajduje się byłe więzienie, w którym praktykowane były nieco prymitywne metody radzenia sobie z więźniami, prosto mówiąc – obcinano im głowy i wbijano na pale. Czy dobrze, że całkowicie odeszło się od tego typu kar? Nie byłabym tego taka pewna, niektórzy wciąż na to zasługują. Do domu wróciłyśmy przed południem po to, by chwilę się ogrzać i ruszyłyśmy na twierdzę. Droga była mocno oblodzona, więc wejście na nią nie należało do najłatwiejszych – po drodze co chwilę ktoś się wywalał…:p Mimo niskiej temperatury było nam cholernie gorąco (chyba między innymi ze strachu o każdy stawiany krok:D). Dotarłyśmy jednak na górę, a z powrotem poszłyśmy nieco mniej stromą drogą…

Trondheimsfjorden

...

Więzienie na fiordzie

   Zaczęłyśmy już zastanawiać się, jak osiągnąć nasz główny cel – czyli jak, kiedy i z jakiego miejsca podziwiać zorzę polarną. Prognozy na tę noc były średnie – istniało co prawda prawdopodobieństwo wystąpienia zorzy, jednak na niebie była masa chmur, która pewnie i tak skutecznie by ją zasłoniła. Miałyśmy jednak plan wejść na górę w Trondheim i stamtąd spróbować ją upolować… 
   Wyszłyśmy późnym wieczorem. James dał nam latarkę, a my przekonane że nic więcej nie będzie nam potrzebne, bo droga nie będzie ani długa ani męcząca – nie wzięłyśmy nawet nic do picia. Na górę szłyśmy jednak około dwóch godzin, co chwilę zapadając się w śniegu, albo ślizgając się na lodzie, a końca drogi jakby nie było widać. Wkoło las…cisza…i tylko odgłosy natury – czyli to, co kocham najbardziej. Ubrałyśmy się ciepło, co okazało się sporym błędem, bo będąc w ciągłym ruchu, zrobiło się nam cholernie gorąco, co potęgowało jeszcze nasze pragnienie, ale i na to znalazła się rada…śnieg okazał się czysty i idealnie zastępował wodę :p Cel został osiągnięty w połowie – na górę weszłyśmy, zorza jednak nie została upolowana… Ale trudno – próbować miałyśmy też na drugi dzień! Do domu wróciłyśmy koło trzeciej, praktycznie momentalnie zasypiając…

Nocny widok na oświetlone Trondheim

   Poniedziałek był trochę leniwy… Narodził się plan pójścia do sklepu, przez weekend nie straciłyśmy ani korony, teraz kończył nam się chleb z Polski, do tego naszła nas ochota, by w końcu móc wypić herbatę. Wstąpiłyśmy więc do Remy – czyli jednego z tańszych sklepów w Norwegii i spędziłyśmy trochę czasu przyglądając się cenom. Ostatecznie wyszłyśmy z niego z dwiema bułkami i jakąś najtańszą herbatą. Lecz tego dnia zjadłyśmy też obiad, składający się z brokuły z ziemniakami i sałatką…za darmo. Sądziłam wprawdzie, że będę miała opory przed zabieraniem tego, co teoretycznie nadaje się na odpady, ale widząc, w jakim to jest stanie, aż głupio było tego wszystkiego nie wziąć i sprawić, by się zmarnowało... Norwegia okazała się rajem dla tych, co nie mają pieniędzy, naprawdę… Ten oto jeden z droższych krajów! Produkty, które miały być wyrzucone, wyglądały lepiej niż niejedne kupowane przez nas w Polsce… Czasem o wyrzuceniu decydował zły nadruk na opakowaniu, czasem była to jakaś mała plamka na warzywie (a zastanówmy się, ile takich „plamek” widzimy na warzywach sprzedawanych u nas w sklepach!)… Skoro coś ma być przeznaczone na odpady, a nadaje się do spożycia – dlaczego tego nie wziąć? Tym oto sposobem codziennie miałyśmy obiad, jadłyśmy pyszną sałatkę owocową, a w ostatnich dniach napychałyśmy się słodyczami…….z dobrą datą ważności, z dobrym opakowaniem i idealnym wydrukiem – ale takimi, które np. sprzedawane miały być tylko na święta, a święta dawno minęły… Wszystko to, nie tracąc ani grosza…

Nasze pierwsze zdobycze 

Kolacja...sałatka, bułki z guacamole i herbata z przyprawą z Ugandy :p

Taką wyżerkę miałyśmy w ostatnich dniach...już w Levanger, nie w Trondheim...

CDN. 

poniedziałek, 22 lutego 2016

Tania Norwegia cz. I

   Będąc dziećmi, myślimy że nie ma rzeczy niemożliwych, wierzymy w czary, kierujemy się bezwzględną szczerością, nie udajemy nikogo, napawamy się pięknem i z pozoru zwyczajne zjawiska wydają nam się wyjątkowe. Cieszymy się chwilą. Dziś twierdzę, że najważniejsze w życiu jest to, by nigdy nie dorosnąć. Pomimo ciągłego nalegania otoczenia – nie dać się. Świat ma to do siebie, że wygląda tak, jak sami go tworzymy – czasem wystarczy spojrzeć z innej perspektywy, by zmienił się o 180 stopni… 
_________________________________________________________________

   Pewnego razu całkiem przypadkowo natknęłam się na post Oli, która szukała kompana na wyjazd do Norwegii na zorzę polarną. Nie myśląc długo, napisałam. Później dopiero uświadomiłam sobie, że nie mam pieniędzy. „Dobra, to byłoby najgorsze co możesz zrobić, gdybyś zaczęła się zastanawiać, czy ci się uda” – przemknęło mi przez myśl. Kupno biletów? Do Norwegii można je dostać naprawdę tanio, tyle na pewno uzbieram. Jedzenie, woda? W jednym z droższych krajów? Na pewno są jakieś alternatywy (o tym napiszę później:).
   I tak oto jakiś czas później siedziałam w samolocie, lecącym do Trondheim. Zapłaciłyśmy 80 zł w dwie strony – niedużo. Spakowałyśmy się w mały bagaż podręczny, który można wnieść bezpłatnie i zaoszczędzić na tym sporo pieniędzy. Leciałam pierwszy raz w życiu, więc połowę drogi siedziałam jak na szpilkach i modliłam się, żeby w końcu wylądować, z biegiem czasu jednak zasnęłam…


   Na lotnisko w Trondheim dotarłyśmy przed południem, od razu urzekły mnie widoki, które wyjątkowo ładnie było widać szczególnie przy lądowaniu. Początkowo zjadłyśmy zupkę chińską, następnie udałyśmy się na wylotówkę do centrum Trondheim. Nie łapałyśmy dłużej, niż dwie minuty, choć przygotowana byłam na znacznie dłuższy czas, wnioskując z opowieści ludzi, stopujących w Norwegi. Może miałyśmy po prostu szczęście…

Jedno z bardziej charakterystycznych miejsc w Trondheim - domki przy rzece Nidelva...

   O 16 dotarłyśmy do naszego hosta – Jamesa. Nie ukrywam, że od początku czułam się nieco nieswojo. Nie znam angielskiego. Tak, dziwna sytuacja… Niezbyt miła bariera (ale chyba nie ma bariery tak wielkiej, by nie móc wyjechać)… Jako tako rozumiem, zazwyczaj potrafię ogarnąć kontekst zdania, mam jednak spore problemy z mówieniem, a najgorsze jest to, że…długo myślę, jak ułożyć zdanie. No i kiedy tak myślę…zaczynam się denerwować, że tak długo to trwa i ostatecznie nie mówię nic:D Niestety od dawien dawna nie miałam styczności z angielskim, a i wcześniej moja nauka tego języka była ograniczona… James (mimo że umieściłam wyraźną informację o tym na couchsurfingu, a on mimo to zgodził się mnie przyjąć), nie potrafił zrozumieć, jak to możliwe, że słabo mówię po angielsku i chwilami zachowywał się…no cóż…po prostu chamsko. Nie oceniałam jednak wtedy – bo za mało jeszcze czasu z nim spędziłam, a poza tym nie przywykłam do narzekania na ludzi, którzy mnie hostują, zawsze staram się docenić każdą pomoc.
   Sporo czasu spędziliśmy, słuchając Afrykańskiej muzyki i oglądając debatę (w Ugandzie trwały właśnie wybory na prezydenta), z której w sumie mało zrozumiałam. James pił drinki, więc i my postanowiłyśmy napić się wina, nabytego na bezcłowym, które okazało się mieć wyjątkowo specyficzny smak. Po jakimś czasie przyszli koledzy Jamesa i z początku było w sumie dosyć sympatycznie, później...trochę dziwnie. Miałam tego dnia pewien niedosyt, spowodowany zapewne spędzeniem zbyt dużej ilości czasu w domu, ciągnęło mnie już do wyjścia i zobaczenia okolicy, na co poświęcić miałyśmy kolejny dzień...........

CDN.